Blog > Komentarze do wpisu

New beginnings

Blog leży zapuszczony i nie kwiczy, bo jakby kwiczał, to pewnie nie był by taki zapomniany. Emigracja kołem się toczy, żyłowanie się przynosi czasem tylko pot, a czasem podwyżkę. Słońce nie zachodzi już tak całkiem, tylko bardziej na niby, a zanim człowiek się kładzie, to jest już całkiem jasno. Po półroczu zimy przyszedł tydzień lata, po czym nastąpiło przedwiośnie, które trwa. Domostwo za miesiąc będzie pakować manatki i wlec je na nowe lokum, którego głównymi atutami są piekarnik oraz drzwi do sypialni. W głowie zaczynają pojawiać się egzystencjalne pytania, na przykład "jak przetransportować wygłodniałego mięsożercę?" lub "czy warto przenosić się z twarogiem, czy należy wszelkie zapasy skonsumować?".

To przyszłość.

A co było? Było dwutygodniowe chorobowe, pierwszy kontakt z norweską przychodnią, która zaskakująco przypomina polską, z tą różnicą, że zamiast pani w recepcji jest maszyna do samodzielnego dokonywania opłat za wizyty.

Był też długi weekend majowy, który w Norwegii występuje w okolicach 17. maja, czyli tutejszego święta niepodległości. Tradycyjnie dzień ten rozpoczyna kilkugodzinne śniadanie, mocno zakrapiane szampanem, a następnie należy wziąć udział w pochodzie lub - w najgorszym wypadku - obejrzeć relację z pałacu królewskiego w telewizji. Nam w tym roku żadne z powyższych się nie udało. Ale udało się uskutecznić hyttetur nad samym fiordem, w niesamowitym domu, w którym wychował się dziadek znajomego. Udało się łowić ryby (choć złowić się nie udało). I udało się odpocząć od weekendu pełnego życia towarzyskiego w ostatnią noc pod namiotem. Trzy stopnie na zewnątrz. Ostatecznie potwierdzamy gotowość na islandzkie warunki pogodowe.

 

wtorek, 24 maja 2016, home-made-london-fog

Polecane wpisy