RSS
sobota, 06 sierpnia 2016

Nie wiem, gdzie się podział lipiec. Nie mam z niego ani jednego konkretnego wspomnienia z wyjątkiem naszej parapetówki. To robi z człowiekiem retail w okresie wyprzedaży. Czarna dziura. Nie rozglądać się na boki, przeć naprzód, mimo że nie widać mety.

Ale zanim nastał lipiec, był czerwiec, a w czerwcu Islandia. Udało nam się objechać wyspę dookoła, z mniejszymi i większymi odskoczniami od głównej trasy. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszeliśmy, że to dziwny kraj, ale nie do końca mieliśmy wyobrażenie, co to może oznaczać. Na miejscu okazało się, że "dziwny" to przymiotnik, który rzeczywiście najczęściej ciśnie się na usta. No, może oprócz "niesamowitego".

W 12 dni przejechaliśmy prawie 2000 kilometrów, i o ile może się zdawać, że to niewiele, liczba postojów na gapienie się w przestrzeń i uwiecznianie jej na karcie SD sprawia, że pokonanie zaledwie stu kilometrów potrafi zająć kilka godzin. Islandia stanowi idealny kierunek na road trip marzeń. Puste drogi, dobra baza campingowa, różnorodność krajobrazu - to wszystko sprawia, że można spokojnie spędzić cały dzień w samochodzie i nie mieć dość.

Nasz wypad miał być bardziej hikingowy, niż samochodowy, ale w efekcie ukończyliśmy tylko jedną dwudziestokilometrową trasę, gdyż w trzecim dniu udało mi się skręcić kostkę. Staliśmy się więc mimowolnie ekspertami od atrakcji dostępnych dla osób o ograniczonej mobilności (których na Islandii na szczęście nie brakuje). Może przy następnej wizycie zdołamy zrealizować pierwotny plan.

Nasze top 10?

1. Wielkie bryły błękitnego lodu lodowcowego na czarnej, wulkanicznej plaży (Jokulsarlon Lagoon). Wodę z tego topiącego się lodowca wykorzystuje się do produkcji lokalnego piwa. Nie udało nam się go znaleźć, więc postanowiliśmy pozbierać mniejsze bryłki tysiącletniego lodu z uwięzionymi w nich pęcherzykami powietrza do termosów i wynieść nasz Jägermeister on the rocks na zupełnie nowy poziom.

2. Lodowiec Vatnajokul, gdyż jest LODOWCEM.

3. Półwysep Snæfellsnes z jego fokami i stratowulkanem Snæfellsjökull, którego szczyt pokryty jest lodowcem.

4. Maskonury, których nie udało mi się zobaczyć na Lofotach. Z rybkami w dziobach, jak na najbardziej sztampowej fotografii z przewodnika.

5. Pasące się koło drogi renifery.

6. Wypluwający wysoką na 30 metrów fontannę wody gejzer.

7. Jezioro Mývatn wraz z otaczającym je obszarem o wyjątkowo silnej aktywności geotermalnej. Godziny spędzone w błękitnozielonej, parującej wodzie. Dymiąca, wielobarwna ziemia (mimo odoru zgniłych żółtek).

8. Nocowanie na polu lawy.

9. Archipelag Vestmannaeyjar z niezwykłymi formacjami skalnymi i surrealistycznie fioletowymi polami łopianu. Najnowsza część głównej wyspy powstała w wyniku erupcji wulkanu w 1973 roku, a jak często jest okazja, żeby stąpać po lądzie, który nie ma nawet 50 lat?

10. Niezliczone wodospady, których nie udało nam się w żaden sposób uporządkować. Każdy jest inny. Są takie, których huk słychać z kilometra, są takie, które niosą ze sobą masy wulkanicznego pyłu, które sprawiają, że woda zdaje się niemal czarna, są takie, które można zajść od tyłu i oglądać zachód słońca przez firankę wody, są takie, które opadają kaskadami i takie, które wcisnęły się między szereg bazaltowych kolumn.

Dziesięć punktów to niewiele. Nie zmieściły się tu na przykład islandzkie piwo, owoce morza, podwójne tęcze, islandzkie konie (wśród których są też takie błękitnookie), czy Vik ze swoją czarną plażą i skalnymi trollami w wodzie.

Jedno z tych miejsc, gdzie chce się koniecznie pojechać raz jeszcze.

047

020

101

035

347

383

370

1048

766

1094

677

710

555

179

1045

425

301

527

547

1511

741

2361

7241

4922

 

15:39, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2016

Blog leży zapuszczony i nie kwiczy, bo jakby kwiczał, to pewnie nie był by taki zapomniany. Emigracja kołem się toczy, żyłowanie się przynosi czasem tylko pot, a czasem podwyżkę. Słońce nie zachodzi już tak całkiem, tylko bardziej na niby, a zanim człowiek się kładzie, to jest już całkiem jasno. Po półroczu zimy przyszedł tydzień lata, po czym nastąpiło przedwiośnie, które trwa. Domostwo za miesiąc będzie pakować manatki i wlec je na nowe lokum, którego głównymi atutami są piekarnik oraz drzwi do sypialni. W głowie zaczynają pojawiać się egzystencjalne pytania, na przykład "jak przetransportować wygłodniałego mięsożercę?" lub "czy warto przenosić się z twarogiem, czy należy wszelkie zapasy skonsumować?".

To przyszłość.

A co było? Było dwutygodniowe chorobowe, pierwszy kontakt z norweską przychodnią, która zaskakująco przypomina polską, z tą różnicą, że zamiast pani w recepcji jest maszyna do samodzielnego dokonywania opłat za wizyty.

Był też długi weekend majowy, który w Norwegii występuje w okolicach 17. maja, czyli tutejszego święta niepodległości. Tradycyjnie dzień ten rozpoczyna kilkugodzinne śniadanie, mocno zakrapiane szampanem, a następnie należy wziąć udział w pochodzie lub - w najgorszym wypadku - obejrzeć relację z pałacu królewskiego w telewizji. Nam w tym roku żadne z powyższych się nie udało. Ale udało się uskutecznić hyttetur nad samym fiordem, w niesamowitym domu, w którym wychował się dziadek znajomego. Udało się łowić ryby (choć złowić się nie udało). I udało się odpocząć od weekendu pełnego życia towarzyskiego w ostatnią noc pod namiotem. Trzy stopnie na zewnątrz. Ostatecznie potwierdzamy gotowość na islandzkie warunki pogodowe.

 

21:45, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2016

Trudno uwierzyć, że kwiecień już się prawie wyczerpał. Nie zauważyłam kiedy. W piątek posadziłam na balkonie kolendrę i bazylię, myśląc, że i tak już dość późno, a temperatury od co najmniej trzech tygodni utrzymywały się w normie. W sobotę spadł śnieg. Witamy w Oslo.

Gospodarstwo domowe powróciło do pomysłu przeprowadzki. Poszukiwania nowego lokum nie ułatwiają wymagania wstępne: blisko centrum, ładne i tanie (hem hem). Zakłada się więc, że proces będzie długotrwały i uzależniony od łutu szczęścia. Jako najkorzystniejsze rozwiązanie zrodził mi się w głowie pomysł przekucia się przez ścianę do sąsiadów i zajęcie od niech jednego pomieszczenia. Zero przeprowadzki, większy metraż, dobra lokalizacja i balkon. I wszyscy mogliby być zadowoleni. No, może prawie wszyscy.

12:08, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2016

Czas leci, już kwiecień, a przecież dopiero co byłam w Polsce (tj. na początku lutego). Wiosna w Oslo jest jakaś niedorozwinięta.Niby na chwilę się pokazała, ale po tygodniu odeszła. Teraz słońce z trudem przebija się przez chmury, a ja codziennie zmagam się o poranku z dylematem "płaszcz zimowy czy skóra".

Przyszły weekend spędzamy na Bygdøy, na zbudowanej przez znajomego łodzi-saunie (takie są widoki z dachu), co jest powtórką z moich zeszłorocznych urodzin i prezentem zdecydowanie lepszym niż pudełko czekoladek. Dwa dni przed tym, jak zostałam o tym poinformowana, sama sprawdzałam, czy są jakieś wolne terminy. Jak to się w naszym gospodarstwie mawia: Great minds think alike. Albo po prostu robimy się sentymentalni.

Prowadzę w głowie odliczanie. W tym momencie wyświetla się "5". Pięć dni do zakończenia półtoramiesięcznego stanu zawieszenia, który, choć przerwany moim tygodniowym pobytem na dalekiej Północy, zasługuje już na finał.

Kiedy babcia pytała mnie, gdzie to tę Wielkanoc spędzam i odparłam "na Północy, jeszcze dalej od Oslo niż stąd do Krakowa", w odpowiedzi spotkała mnie chwila ciszy, a następnie lekko zakłopotane "przepraszam, że tak pytam, ale w jakim kraju, Kochanie?". No więc w kraju Norwegia, za 69 równoleżnikiem, na farmie, w otoczeniu gór i z widokiem na fiord. Choć zobaczenie zorzy polarnej było na mojej bucket list (czy naprawdę nie istnieje lepsze tłumaczenie, niż "lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią"?), nie robiłam sobie wielkich nadziei, bo w zasadzie koniec marca to już nie sezon. Ale nawet poza sezonem zdarza się ją zaobserwować.I każdy, kto twierdzi, że na zdjęciach zorza wygląda lepiej, niż w rzeczywistości, musiał widzieć coś zupełnie innego, niż my. Jedna z najbardziej magicznych rzeczy, jakich kiedykolwiek doświadczyłam, zielone igiełki tańczące na niebie, układające się w fale i spirale, a zza nich, jakby na obrzeżach, próbujące się przebić róż i fiolet. Zadzierasz głowę i nie możesz oderwać wzroku, a one przeskakują - z południa na północ, ze wschodu na zachód i rozjaśniają te części nieboskłonu, które jeszcze chwilę wcześniej były tylko czernią.

Lyngen_802 

16:08, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 marca 2016

Już dawno nie przebiegłam dwunastki. Od dłuższego czasu standardem stała się piątka. Po czterech kilometrach odzywa się kostka, po nie więcej niż ośmiu kolano. Na dole, w centrum od dwóch dni jest wiosna. 12 stopni, bezchmurne niebo. Parki są pełne, fontanny oblężone, wszystkie miejsca w ogródkach knajp zajęte. Nad rzeką tłok. Pół Oslo biegnie w stronę jeziora, drugie pół z powrotem. Im dalej od śródmieścia, tym więcej śniegu. Jezioro wciąż skute lodem. Oblodzona ścieżka wokół. Biegnę i myślę, żeby nie odbić się krzywo albo nie pośliznąć, bo zdecydowanie znudziły mi się już kontuzje.

Moja znudzona swoją trwającą już 28 lat emeryturą Babcia kończy dziś 88 lat. Wszystkie ciepłe myśli lecą do niej.

 

Przechwytywanie

***

Za tydzień o tej porze będę już w samolocie.

19:36, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49