Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
niedziela, 27 stycznia 2013

Czasoprzestrzeń wyjątkowo perfidnie sobie ze mną ostatnimi czasy pogrywa, zaginając się w najmniej spodziewanych miejscach. Bo że to się dzieje w kinie, to ja rozumiem, a nawet sobie chwalę. I rzecz nie polega na tym, że czas leci, że przecieka przez palce, żadne takie. Rzecz w tym, że wstaję o 7, wracam do domu o 7, a w międzyczas jest jakąś próżnią. Ergo: pół doby jest próżnią, a jak ta połowa dobiega końca, to padam na ryj. Nie dosłownie, bo dosłownie, to mam jeszcze dość energii, żeby sobie obiad na następny dzień ugotować. Wciąż jestem w fazie "wpadania w rytm", którą to znoszę tak sobie i w okolicach dwudziestej drugiej najchętniej wybuchałabym płaczem, żeby ktoś mnie ułożył do snu. Ale po pierwsze, nie ma kto układać, po drugie zaś obawiam się, że mogłabym przywyknąć i oficjalnie stać się jedną z tych osób, które poza pracą nie mają życia, a żeby to nie zaszło będę walczyć zębem i paznokciem, jak mawiają Brytyjczycy. Nie zmienia to faktu, że brak mi, jak na razie, konkretnej strategii, a co gorsze nie mam czasu na opracowywanie strategii jak lepiej zarządzać czasem. I znów wracamy do czasoprzestrzennych załamań.

21:19, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

Ale jaki Blue Monday? Jakie samobójstwa? Państwo chyba żartują? Ja po pierwsze nie mam na to czasu, a po drugie zbyt musiałam się dziś skupiać, żeby nóg na krakowskiej tafli nie połamać, żeby myśleć o odbieraniu sobie życia. Już prędzej znalazłabym czas na rozmyślanie o odbieraniu życia innym, ale akurat z rana pan kierowca zaczekał na mnie na przystanku, widząc mój desperacki pseudo-bieg (tak po prawdzie to raczej bardzo efektowny ślizg, cudem niezakończony w pozycji horyzontalnej), co zdarza się w tym mieście nader rzadko, więc na tym się postanowiłam koncentrować. Ponadto po pracy miałam zmierzyć na wernisaż do Sukiennic, ale wykorzystałam lęk o swoje kości jako przykrywkę dla lenistwa i skapcanienia, czyli starość i zgrzybienie.

P.S. Z cyklu "dobre rady". Dzwonię do babci z życzeniami, przy okazji żalę się, jak to marznąca mżawka utrudnia mi życie, na co babcia rzecze: naciągnij sobie jutro skarpety na buty, to nie będziesz się tak ślizgać. Dzielę się więc mądrością pokoleń.

19:51, home-made-london-fog
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 stycznia 2013

Mężczyźni w garniturach, pod szyją jedwabne krawaty, kobiety w eleganckich kostiumach, ze świeżym manikiurem, rozmowy o awansach, modernizacji, reorganizacji, produktach firmy, której logo stanowi nadgryziony, popularny w Polsce owoc. Przechwałki, korporacyjne pranie mózgu, autopromocja. Za większość, zdecydowaną większość płacą ich pracodawcy. Drewniane podłogi, punktowe światła w sufitach, trzydrzwiowe szafy, łóżka king size, w łazience prysznic i wanna, w kącie mini bar pełny Toblerone i drogich alkoholi. Dyskretna obsługa. Świeżo wyciskany sok z pomarańczy, arbuzy, melony, szynka parmeńska, włoskie sery, jeszcze ciepłe pieczywo, cappuccino z gęstą pianką. Mini bułeczki z pestkami dyni, mini słoiczki z majonezem, ketchupem i musztardą, mini masło, mini marmolada. Mini flakoniki z kosmetykami. Co dzień świeże ręczniki, nawet jeśli zgodnie z notką o ochronie środowiska te raz użyte wiszą na wieszaczkach, a nie na brzegu wanny. A w środku tego wszystkiego ja, absurdalnie nie na miejscu, siedzę, popijam czerwone wytrawne wino, wsłuchuję się w kabotyńskie konwersacje, myślę o swojej pracy na pierwszym roku studiów, o wyrównywaniu zmarszczek na pościeli, polerowaniu luster i o odbarwionej Domestosem czarnej spódnicy z Solara, którą mama kupiła mi na maturę. Siedzę i obserwuję, jak mężczyźni w garniturach i kobiety w eleganckich kostiumach maczają frytki w majonezie, jak wycierają nosy, jak sałata spada im z widelców i jak nieporadnie wgryzają się w wielkie burgery. I zastanawiam się, jak to się stało i co tu robię. No i gdzie mój iPhone?

Małżeństwo dla pieniędzy zyskało nowy wymiar.

22:07, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 stycznia 2013

Osiemnasty stycznia, piętnasta zero trzy. Lotnisko w Brukseli. Kawiarnia sieciowa. Na podłodze terakota z walizek. Bagaż nadany, czterdzieści minut do odprawy. Końcówka mojej pierwszej, o zgrozo, podróży służbowej. Nie chcę wracać, chcę zostać, jeszcze się tu nie nabyłam, jeszcze mi mało.

W Brukseli potwierdzona została ukuta w Paryżu teoria o spisku cukrowych wafli tudzież pakowanych gofrów przeciw mojej skromnej osobie:

1) Paryż, listopad, stacja metra. Maszyna vendingowa. Wrzucam 1 euro, gofr kosztuje 50 centów. Gofr nie wypada, wypada 50 centów.
2) Bruksela, wtorek, biuro. Maszyna vendingowa. Wrzucam 50 centów, gofr kosztuje 50 centów. Gofr nie wypada, pieniądze nie wypadają. Wrzucam kolejne 50 centów, zakup kończy się sukcesem, jem gofra z rozkoszą, jaką potrafi dać jedynie cukier w czystej formie. Dzień później 50 centów zostaje mi oficjalnie zwrócone.
3) Bruksela, dzisiaj w porze lunchu, biuro. Maszyna vendingowa. Wrzucam 50 centów, gofr kosztuje 50 centów. Gofr wypada. Zachęcona sukcesem, wrzucam kolejne 50 centów. Gofr nie wypada, pieniądze nie wypadają. Gofr zaciął się na brzegu półki. Nie daję się, chcę odblokować gofr. Wrzucam kolejne 50 centów, będę miała pamiątki z Belgii, myślę. Zablokowany gofr wypada, pieniądze nie wypadają, okazuje się, że gofr był ostatni w swoim rzędzie, a maszyna nie była napełniona do końca. 50 centów byłoby mi zapewne zwrócone, państwo prawa, ale przychodzi mi opuścić biuro, opuścić Brukselę, a za godzinę opuścić Belgię.

Wnioski nasuwają się same. Nie zmienia to faktu, że w walizce mam 2 gofry.

 

-------

Oraz: po raz czwarty w Wiedniu, a wciąż nie widziałam Wiednia. Tylko apfelschorle, Grüß Gott, biiip biiiip i dalej. Zgodnie z regułami prawdopodobieństwa, jeśli w samolocie Bruksela - Wiedeń jedyne dziecko na pokładzie siedziało za mną i przez dwie godziny rytmicznie kopało w siedzenie, dając mi okazję do treningu osobowości, to w tym do Krakowa inne będzie siedziało koło mnie i płakało, że bolą go zatkane uszka. A ja będę miała ochotę zapłakać wraz z nim. Im częściej latam, tym mniej to lubię.

Tagi: podróże
15:28, home-made-london-fog
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 stycznia 2013

Regularne korzystanie z komunikacji miejskiej, choć ta poddana została w ostatnim czasie jakimś haniebnym reformom, za sprawą których autobusy nie tylko jeżdżą rzadziej, nie tylko absurdalnymi trasami, ale też PRZED CZASEM, a nie jak za dawnych dobrych czasów - wiecznie spóźnione (z uwagi na co w ciągu czterech dni autobus uciekł mi dwukrotnie i to dwukrotnie o poranku, choć byłam na przystanku punktualnie), a więc regularne korzystanie z komunikacji miejskiej ma ten plus, że wykrawa mi z i tak podejrzanie krótkiej doby co najmniej czterdzieści minut do godziny na czytanie. Choćby dla zabicia czasu. Męczę od poniedziałku nowego Máraia (nowego relatywnie, bo tylko w polskim tłumaczeniu). Proszę zwrócić uwagę, że to ja męczę jego (w torebce, na deszczu, w śnieżycy, w tłoku), a nie on mnie.

Jeśli komuś wydaje się czasem, tak jak mnie, że nasze czasy to epoka niesamowitych społeczno-kulturowych zmian, że znamionuje je często nieokreślony kres, upadek, że spacerujemy po linii brzegowej, ale jakby wzdłuż muru i niby woda podmywa nam piasek pod nogami ale nie do końca wiadomo, co jest po drugiej stronie (choć podejrzewamy, że raczej szambo aniżeli przestwór oceanu), to Sándor Márai uświadamia, że jesteśmy w błędzie i zasadniczo to nihil novi sub sole. Lektura Dzieła Garrenów, a konkretniej czwartej części cyklu, pozwala nabrać dystansu do współczesności, odkryć, że to wszystko już było, i to co najmniej osiemdziesiąt lat temu, kiedy Hitler przemawiał w radiu, a Paryż pełen był uchodźców z Niemiec i Hiszpanii. Byli zniewieściali mężczyźni na ulicach, była pretensjonalność na salonach, była obsesja pieniądza i w końcu był szturm na literaturę. Szturm domorosłych pisarczyków, pań z bogatych domów, polityków i urzędników. Brakowało w tym wszystkim jedynie Facebooka i Pudelka. Morał z tego w pewnym sensie pocieszający, bo skoro wówczas już wróżono rychły upadek kultury, to - mimo że coraz bardziej się chyli - może nie dożyjemy jej (należałoby pewnie powiedzieć: "epickiego" tudzież "legendarnego" (właściwi to nomen omen)) runięcia?

20:12, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2