Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
poniedziałek, 13 stycznia 2014

Dorobiłam się wreszcie czytnika e-booków. Choć "dorobiłam" to właściwie złe słowo, bo w moim regularnie modyfikowanym planie budżetowym zawsze się znajdzie jakiś bilet lotniczy do zarezerwowania albo jakaś para butów, która różni się przecież DIAMETRALNIE od tych czterdziestu innych, które nie mieszczą się już na buciarce. W ten sposób zakup się odwlekał jeszcze od czasów londyńskich, zatem zdecydowanie za długo, dlatego Gwiazdka, a właściwie Gwiazdki postanowiły mnie w tym roku zmotywować i wręczając mi Władysławów Jagiellonów wskazywały wyraźnie, na co mają być przeznaczeni. Nie powinnam mówić pewnie, że jedna z Gwiazdek miała ewidentne rozdwojenie jaźni (albo niewystarczającą wiarę w ludzi), bo dorzucając się do czytnika wręczyła mi również trzy jak najbardziej papierowe książki. Sam czytnik oczywiście ma swoje wady, jak na przykład to, że nie jest papierowy i nie ma kartek. Ale ma też zalety nie do przecenienia dla osoby o moim roztrzepaniu, która zwykle czyta w autobusach, tramwajach i poczekalniach, a kiedy czas wysiadać albo wchodzić na spotkanie, zawsze w popłochu usiłuje zaznaczyć lub zapamiętać stronę, na której przerwała, co zwykle kończy się niepowodzeniem, a niejedna książka upychana w pośpiechu do torebki ucierpiała na tym fizycznie. Więc czynnik mnie z tych dwóch problemów wyzwoli. A ponadto mogę nosić przy sobie kilka grubych książek, których absolutnie nie chciałoby mi się dźwigać w torebce. W tym przewodnik po Islandii. I po Bliskim Wschodzie. I Portugalii. Jakby szlugi i seriale to nie były wystarczające uzależnienia.

 

23:08, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

- Pewnego dnia straciłem wiarę w to, że Europa to pępek świata - ciągnął Sergio. - To był zwykły dzień, taki sam jak inne. Byłem nauczycielem, miałem więc pewną pracę, dom i narzeczoną... Zdecydowałem, że muszę to wszystko zostawić, przelecieć wielką wodę i znaleźć się tu, w Ameryce Południowej. Zacząłem podróżować i uczyć się, musiałem otworzyć umysł, przemyśleć o co mi w życiu chodzi, czego chcę i po co. Dlaczego? Chciałem poznać, a może dopiero odkryć inny świat. (...) Naprawdę nie potrzeba sześciu koszul czy czterech par spodni, żeby żyć. Trzeba zwalczyć w sobie uzależnienie polegające na ciągłej konieczności zaspokajania pozornych potrzeb. Widziałem głód, ale także radość ludzi. Coś nie do pomyślenia w naszej dzisiejszej Europie, gdzie panuje chciwość, oszustwo i zawiść. Wyciągi z konta, wielkie samochody, znane marki, urządzenia elektroniczne przytłaczają nas i powodują w efekcie smutek, choć po powrocie z pracy nasz stół ugina się od przysmaków. Zrozumiałem, że tam, gdzie ludzie nie mają nic, myślą o tym jak przeżyć, jak iść do przodu. Tam, gdzie jest wszystko, ludzie narzekają, bo zawsze jest im za mało"

(Kacper Godycki-Ćwirko, Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata)

Tagi: książki
22:37, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 stycznia 2014

Nowy rok zaczął się pracą, większą ilością pracy oraz znikającymi plikami. Bardzo trzymam kciuki za to, żeby moja teoria sinusoidalnego rozkładu lat grubych i chudych mimo wszystko została obalona przez falsyfikację. 2013 był wzlotem (choć pewnie nie wszyscy w moim otoczeniu by się z tym zgodzili, bo w końcu męża niet, mieszkania niet, samochodu niet, dziecka niet), więc niech ta tendencja się utrzyma. Dziś z racji, że się względnie odrobiłam, postanowiłam nie bawić się w produktywność. Dzień rozpoczęłam zaspaniem na umówioną na 11 przedpołudniową kawę na Kazimierzu (zdarza się najlepszym), przepołowiłam zakupami w sklepie z owadem i kolejną kawą, a kończę, sprzątając. Sprzątając dysk, a dokładniej robiąc: "o, co to?" przy jednej na osiem piosenek, które przez lata skumulowałam. Tego typu porządki czasem robią niestety lekki bałagan w głowie, bo wiadomo, z muzyką jak z jedzeniem: są smaczki, które na trwałe przylegają do konkretnych miejsc i osób i się kumulują na poziomie podświadomości. Więc na przykład uświadomiłam sobie, że osoby, które śpiewały mi tak, już dawno zmieniły zdanie; że od tego koncertu minęło półtora roku, a w mojej głowie odsunęło się to wszystko na taśmie co najmniej o rok świetlny); że Route 90 brzmieć będzie na długo tak. A oprócz tego mam tu jeszcze kilka bardziej kompromitujących kawałków, na przykład taki, który jest moją skondensowaną studniówką. Albo taki, przy którym się przetoczył spory kawałek mojego pierwszego długofalowego związku (przez zapętlenie - w odtwarzaczu oraz bardziej przenośne). Oraz taki, przy którym tańczyłam (choć jak wiadomo nie potrafię) z wielkim zapałem i poczuciem bezwładności. Ale nie przyznam się, co wtedy grało, bo jeszcze by wyszło, że w środku jestem rozmemłana, miękka i romantyczna. A tego byśmy przecież nie chcieli.

Więc jeszcze tylko jedno. Zgadujcie, co się pod tym kryje.