Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
wtorek, 20 stycznia 2015

Pobieżny rachunek wykazał, iż zgromadziłam zapas świec na gwarantowany czas palenia około 1050 godzin. Oznacza to, że jeśli przyjdzie prawdziwa zima, mogę przez prawie 44 doby napawać się widokiem płomienia - może i umrę z głodu (nie wiem, ile można żyć na 3 puszkach tuńczyka i 500 gramach łososia - być może dłużej, niż sądzę), ale za to umrę w rozkosznej atmosferze.

A zima miała nadejść w ten weekend. Nie mówimy o 10-centymetrowej warstwie śniegu, która już jest. Mówimy o 15 stopniach mrozu. Ale aktualne przewidywania podają -6 w piątek i powrót w okolice zera w weekend, co oznacza ponowne roztopy. Czytałam nie tak dawno, że w Moskwie zimą prawie każde boisko szkolne i podwórko zamienia się w lodowisko. W Oslo podobnie, z tym że odbywa się to bez ingerencji ludzkiej ręki. Albo dokładniej: za sprawą braku ludzkiej ingerencji (czyt.: odśnieżanie). Warstwa lodu na chodnikach nikogo nie dziwi. Od czasu do czasu ktoś sypnie na nią żwir, ale bez głębszego przekonania. Rozmawiałam ze znajomym Norwegiem, z czego wynika to niedbalstwo. Stwierdził, że śniegu jest tu za dużo, żeby cały czas go usuwać. Hm, no być może jeszcze parę lat temu istotnie tak było, obecnie - nie powiedziałabym, by były to ilości szczególnie odbiegające od naszych rodzimych. Kluczem jest więc chyba inna myśl: "przecież nikt nie będzie się [tutaj - przyp. redakcji] sądził o to, że się przewrócił i złamał nogę". Kiedy więc zima wróci i nad Wisłę, w chwilach zwątpienia polecam wyobrażanie sobie, jak wygląda bieg pod górkę po lodzie. Jeśli wizja nie jest wystarczająco zabawna, polecam dołożyć do obrazka obcasy.

 

19:49, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 stycznia 2015

Przejrzałam właśnie artykuł o kosztach życia w różnych miejscach świata. I między wieloma oczywistościami odnalazłam odpowiedź na dręczące mnie od przyjazdu do Norwegii pytanie: dlaczego mleko jest tu takie drogie? Otóż, proszę Państwa, okazuje się, że niewłaściwie patrzyłam na sytuację, to jest: miałam niestosowny punkt odniesienia. Otóż Polacy mają niemal najtańsze mleko na świecie (średnio 2,50 zł za litr). Fiu, bo już sądziłam, że miejscowe 11 zł za karton tłustego mleka to nieporozumienie. Podbudowujące jest to, że cena mleka w pełni odtłuszczonego to już raptem 6,50, ergo płaci się za tłuszcz, nie za mleko. 7,50 kosztują mleko sojowe i ryżowe, trochę więcej migdałowe. To mniej więcej tyle, co nad Wisłą. Różnica jest jednak w stosunku cen, pewnie dlatego alternatywy dla mleka krowiego cieszą się tutaj dużo większą popularnością.

Poza pełnoziarnistymi cheriosami z mlekiem ryżowym chciałam również polecić Jetlag Wiśniewskiego. Krótka opowieść, mini-odsłony, wartka akcja, która z każdą stroną popada głębiej w lekką abstrakcję. Niezbyt wnikliwa (ale przez to być może zachowująca świeżość) psychoanaliza pokolenia, które obecnie powoli zmierza do 30. lub niedawno ją przekroczyło. Mocno współczesna, gorzko-zabawna. Na nie więcej niż 2 wieczory lub tydzień dojazdów do pracy komunikacją zbiorową.

19:15, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 stycznia 2015

Nad budynkami głęboki granat miesza się z indygo. Chmury przesuwają się jak na timelapsie, chociaż wydaje mi się, że nie włączałam fast forward. Są białe, bardzo białe, a przez cały dzień sądziłam, że to, co się nade mną zbiera, musi być czarne. Ludzie o inteligencji emocjonalnej stolika LACK nie powinni wychodzić z domów. A jak już wychodzą, mogliby przynajmniej nie otwierać ust.

Jest 22:15, siedzę niby-zajęta, ale raczej bezczynna przed komputerem i po raz sześćset sześćdziesiąty szósty powtarzam sobie, że powinnam się podnieść, wziąć prysznic, zrobić obiad na jutro i odrobić lekcje (sic!). Każde z powyższych wydaje się jednak na tyle abstrakcyjne, że odsuwanie w czasie nie ma wpływu na ich istotę. To są zadania poza ramami czasowymi. Nastaną bez mojego udziału. Mogę popaść w letarg, wyłączyć świadomość, patrzeć tępo na drżący na ścianie geometryczny cień.

22:19, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 stycznia 2015

Nowe, cudownie bezludne. Graty jeszcze nie rozpakowane, ale już widać, że będzie koselig.

 

00:45, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 stycznia 2015

Jedną z pierwszych rzeczy, których dowiedziałam się o Norwegach po przyjeździe do Oslo, było to, że na imprezy przychodzą z własnym alkoholem, a jeśli wszystkiego nie spożyją, resztę zabierają z powrotem do domów. Nie wierzyłam. Uznałam, że to jedna z miejskich legend.

Myliłam się.

Miejscowe obyczaje i reguły życia towarzyskiego to temat, który zgłębiać będę jeszcze przez dłuższą chwilę, w międzyczasie popełniając szereg faux pas i niejednokrotnie robiąc z siebie idiotkę. Takie uroki początków emigracji. No ale wracając do kwestii imprezowych. Sylwester. Proszona kolacja u znajomych znajomych, raczej kameralna, osiem osób łącznie z panią domu. Komunikat był pozornie prosty: zajmiemy się jedzeniem i prosecco, do ciebie należy deser. Przyjęłam to na klatę, przygotowałam tiramisu na dziesięć porcji, ciasto czekoladowe (bezglutenowe, bo to tutaj politycznie poprawne) oraz kokosowy pudding w miniporcjach, zwieńczony truskawkową galaretką, w końcu okazja aż prosi się o mały wow effect.

Zaproszenie jest na 20. O 20:30 znajome zaczynają robić makijaże. Przypominam: proszona kolacja, my mamy jedzenie. Docieramy na miejsce godzinę później. Pani domu się postarała: są świece, a zastawiony stół wieńczy złote konfetti w kształcie lampek do szampana. Siadamy i się zaczyna.

- Możesz podać nasze prosecco? - rzuca jedna z moich znajomych. - Nie, nie to, to poniżej, z zieloną etykietą. Tak, to, dzięki

Kiedy właściwa butelka trafia do jej rąk, otwiera ją i nalewa wino do trzech lampek. Żeby osiem osób mogło wspólnie wznieść toast, trzeba było wystrzelić trzy korki.

- Nic to - myślę. - Co kraj to obyczaj, toast wzniesiony, można zacząć kolację.

Aby zacząć kolację, osiem osób wstaje w krzeseł i ustawia się w kolejce do półmisków rozstawionych na kuchennych szafkach. Czuję się trochę jak w zakładowej stołówce, brakuje mi tacki i kompotu. Po kwadransie akcję udaje się zakończyć. Na talerzach małe fusion, coś poszło nie tak z kompozycją menu, a może nikomu nie przyszło do głowy, żeby się dogadać. Sałatka caprese gnieździ się więc obok udek z kurczaka na modłę indyjską, a pieczone ziemniaki koło duszonego kabaczka, udekorowanego grillowaną papryką. Ale to nic, wszystko z osobna jest pyszne, decyduję się więc jeść jak dziecko: po kolei, bez mieszania.

Po jedzeniu sztywnawa atmosfera się rozpręża. Część towarzystwa znika na dymka, dwie dziewczyny, którym bąbelki weszły w krwiobieg najpierw przez 45 minut poprawiają makijaże, a następnie oddają się sesji zdjęciowej, pozostali spoczywają na sofach i... wyciągają telefony.

- No dobrze - stwierdzam w myślach. - Zdaje się, że unikniemy problemów komunikacyjnych.

I uniknęliśmy. Niezręczną (ale być może tylko w moim odczuciu) ciszę przerwaliśmy tylko deserem. Ale do czego zmierzam? Do powrotu do domu. Tak. Każdy wychodził z mieszkania ze swoją napoczętą butelką prosecco. Z pewnością wygazowane trunki smakowały wybornie o poranku.

 

18:33, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2