Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
czwartek, 23 lutego 2012

Nie od dziś wiadomo, że Londyn uznawany jest za europejską stolicę mody. Lutowy London Fashion Week dobiega końca, co staje się dobrym pretekstem do podsumowania najnowszych trendów. Na wybiegach królują skomplikowane cięcia i kobiece formy, kontrastowane z militarnymi motywami i krojami rodem z męskiej szafy. Raczej szykowne haute couture, niż prêt-à-porter.

A w metrze? Eleganckie garsonki, idealnie skrojone garnitury oraz wyraziste wzory obok brudnych od cementu i farby ubrań roboczych, a szpilki od Christiana Louboutina koło obuwia ochronnego (marki raczej nieznanej). Prawdziwej modowej epifanii można jednak doznać na lotnisku. Z tłumu wybijają się nasze rodaczki. W kolorystyce nieodmiennie królują róże, fiolety, turkusy i biel.  Odcienie? - wszelakie. Jeśli chodzi o tkaniny, to prym wiodą polar, puch i ortalion oraz poliester. Nadrzędną cechą stroju zdaje się być jego wygoda (której, jak wiadomo, wymaga niemal dwugodzinna podróż samolotem). Temu też podporządkowane jest obuwie: zdecydowanym numerem jeden są buty à la Ugg oraz à la Emu, koniecznie białe. Żeby zwieńczyć modną kreację nie wolno zapomnieć o dopracowanej fryzurze. Opcje są w zasadzie dwie: trwała ondulacja lub tapir, koniecznie w tlenionym blondzie. Kiedy uda nam się wszystkie te zasady wprowadzić w życie, można już śmiało ruszać na podbój nawet światowych stolic mody, jednocześnie przyczyniając się do utwierdzania narodowego wizerunku za granicami kraju. 

 

 

14:59, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 lutego 2012

Tłusty czwartek w tym roku chyba bez frittelli, pączków i faworków :-(

W ostatni weekend plany wypaliły tylko połowicznie. Niedzielna aura skutecznie zniechęciła nas do wychodzenia spod kołdry, więc Brick Lane musi na nas poczekać.

Sobotnią  The Vintage Kilo Sale uważam natomiast za porażkę, a organizatorzy powinni się wybrać choćby do podrzędnego polskiego lumpeksu, by uświadomić sobie, jak bardzo nie mają pojęcia, co to jest "vintage sale". Sugerując się górnolotną nazwą oraz faktem, że stęp nie był bezpłatny, a na wejściu każdy otrzymywał bardzo gustowny stempel (prawie jak Frantic), miałam nadzieję na wydarzenie z gatunku krakowskich Swap Party. Doczekałam się natomiast przebranych, schodzonych, wielkich szmat, powyciąganych T-shirtów, poplamionych męskich marynarek i butów nie do pary, a wszystko to za jedyne 15 funtów za kilogram. Kolejnym eventom organizowanym przez Judy's Vintage Fair raczej podziękujemy.

Z wydarzeń bieżących natomiast przecieka nam sufit, a współlokatorzy twierdzą, że za długo trzymamy nasze naczynia na suszarce (uwaga, limit wynosi 2 godziny!) oraz za głośno chodzimy (sic!) po pokoju po godzinie 22. Dajemy sobie na wstrzymanie, bo ostatnią rzeczą, która nam się marzy, jest kolejna przeprowadzka, ale mam wrażenie, że szczególnie długo tu nie zabawimy. Kiedy słyszę, że jesteśmy uciążliwi, staje mi przed oczami moje mieszkanie na San Stae z imprezami rozpoczynającymi się o 4 nad ranem, okraszanymi technem z głośników ze wzmacniaczem oraz moi wiecznie spaleni współlokatorzy, którzy dzień zaczynali od "un cannone". Chyba niektórym brakuje kontrastu.

A w Londynie zima chyba już się skończyła. 10°C i słońce co jakiś czas wyglądające zza chmur. Nawet Walentynki w cienkich rajstopach nie przyprawiły mnie o odmrożenie kończyn. Wiosna, panie!


 

 

UPDATE:
Pączki znalezione, pączki skonsumowane.

 



13:38, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2012

Plany na weekend?

Sobota

 

 

Niedziela

11:21, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lutego 2012

Co prawda klimat w Londynie umiarkowany morski, ale skoro w tym roku nawet Wenecja zamarzła, to nic dziwnego, że w ostatnich dniach i tu zamiast deszczu zaserwowano nam śnieg, który w dodatku gdzieniegdzie się utrzymuje. Przetrwania tego - miejmy nadzieję - krótkiego ataku zimy zdecydowanie nie ułatwia miejscowe budownictwo, ani ledwie zipiący grzejnik w naszym pokoju. Zdecydowaliśmy nie pozostawać obojętni. Dzięki amazonowi zaopatrzyliśmy się w termofor , za sprawą którego podczas siedzenia w swetrze pod kołdrą, z rozgrzanym laptopem na kolanach, temperatura robi się znośna.


Na przekór wszystkiemu (a mam tu na myśli - poza temperaturą - głównie swój absolutny brak talentu do uprawy kwiatów - włączając te, które wymagają naprawdę niewiele uwagi; przypadłość powszechnie znana i wykpiwana, choćby przez obdarowywanie mnie przy wszelkich możliwych okazjach kolejnymi roślinami doniczkowymi) posadziłam dziś tulipany. Na wypadek, gdyby mini plantacja uschła, zanim zdąży faktycznie wyrosnąć, popieram swoje słowa materiałem dokumentalnym.

 


Bądźmy jednak dobrej myśli - nie narzekam tu chwilowo na nadmiar obowiązków, więc może jakoś sprostam wyzwaniu. Ahoj, przygodo!


13:18, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lutego 2012

Po zaliczeniu londyńskich klasyków:

 

oraz wizycie w dzielnicy indyjsko-arabskiej (wypatrzenie angielskich napisów powinno być nagradzane):

 

 

postawiliśmy w weekend na Notting Hill. Ciągnący się przez prawie dwie mile Portobello Market robi niesamowite wrażenie. Znaleźć można tu dosłownie wszystko: mówiąc "antyki" trzeba objąć myślą nie tylko biżuterię czy monety, ale też operowe lornetki z masy perłowej, pozłacane klatki dla ptaków, zegarki kieszonkowe, buty niczym z elżbietańskiego teatru, aksamitne stroje zdobione koronkami i pachnące butwiejącym papierem książki. "Second hand" od skórzanych toreb, przez rowery (w których sprawność śmieliśmy wątpić), po kiczowate chińskie klapki. Są też rzeczy nowe, prawie jak na krakowskim Kleparzu.
Naszym faworytem została jednak część gastronomiczna. Poza świeżymi owocami i warzywami (większości których nazw nie znaliśmy), można na Portobello skosztować przysmaków z pokaźnego kawałka świata. Jeśli powiedzieć by o zapachach, że są kuszące - to mało. Mieszanka świeżych ziół, czosnku i owoców morza przechodzi kilka metrów dalej w słodycz lukru, miodu i orzechów, by za chwilę zmienić się w orientalne wonie kuchni indyjskiej. Od samego przechadzania się między stoiskami głód się nasila.

 

12:55, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2