Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
czwartek, 28 lutego 2013

Doszłam niedawno do wniosku, że rok Sami-Wiecie-Który, czyli Ten-Którego-Numeru-Porządkowego-Nie-Wolno-Wymawiać, czyli ubiegły, najwyraźniej przyniósł większe zmiany, niż początkowo sądziłam, a mianowicie sumą doświadczeń sprawił, że z twarzy mej, zamiast zwyczajowego sarkazmu i okazjonalnej wrogości, bije życiowa mądrość. Tak, dobrze Państwo czytają. Wnioski te poczyniłam po zaobserwowaniu, iż ostatnie miesiące przyniosły mi istną lawinę zwierzeń z bliższego (co nie dziwi) i dalszego (co dziwi niepomiernie) otoczenia. Sama sobie raczej bym się nie zwierzała, nie tyle z obawy, iż wypaplam albo wykpię, ale z przyczyn o wiele bardziej prozaicznych: bo niby jakiej życiowej rady ja bym mogła sobie udzielić? No chyba raczej kiepskiej. Wiem, bo parę razy konsultowałam ze sobą poważne życiowe kwestie i o, proszę. Nie jestem jeszcze tylko pewna, czy to chodzi o twarz i mimikę, gdyż jedno ze zwierzeń przyszło z bardzo daleka, po przeszło dwóch latach milczenia, poprzez system zero-jedynkowy, bez wizji, bez fonii. I było dokładnie tak zaskakujące, jak się zapewne wydaje z powyższego opisu.

Co ciekawe, wszystko to pojawiło się kilka miesięcy temu w proroczym śnie. Nie moim, rzecz jasna, bo ja jak już o czymś śnię, to co najwyżej o cyferkach. Więcej, sen ten został od razu zidentyfikowany jako proroczy. Szkopuł w tym, że interpretacja była błędna.

Otóż A. dowiedziała się, że M. zamordowała królową Elżbietę, a że M. siedzi w farmacji, to żeby zbrodnia była niewykrywalna, postanowiła otruć monarchinię kremem glicerynowym, insynuując, i tejże wysychała skóra rąk i wiecznie pierzchły usta, co stało się powodem nadużyć. Dlaczego M. zabiła królową Elżbietę, tego nie wiem, przede wszystkim dlatego, że kiedy A. chciała się ze mną tą nowo powziętą wiedzą podzielić, to ja akurat miałam bardzo ważne spotkanie biznesowe, a w dodatku omal nie spóźniłam się na samolot z Rynku na Ruczaj. Kiedy po spotkaniu znalazłam wreszcie czas, a A. już, już miała mi o wszystkim opowiedzieć, wpadłyśmy na przystanku na B., która, nie widząc nerwowego spięcia na twarzy A., zaczęła nam opowiadać o jakimś nowym super przepisie kulinarnym. Może i lepiej się stało, bo najwyraźniej A. nie uwzględniła faktu, że dzielenie się wiedzą może prowadzić do dzielenia się celą. Nie mówiąc już o obciążeniu psychologicznym, potencjalnym przeniesieniu traumy oraz możliwej awersji do kremu glicerynowego.

O zgrozo!

22:12, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lutego 2013

Szukanie połączeń, kombinowanie lotów, bukowanie biletów - na tym się ostatnio skupiłam. Przeglądanie ofert tanich przewoźników, których regularnie przeklinam, ale mimo wszystko darzę uczuciem głębokim i czystym, choć trudnym, wzbudziło na nowo moje uśpione na chwilę instynkty małego podróżniczka. Najbliższe dwa miesiące mogę śmiało żyć samym li tylko planowaniem, obmyślaniem, kalkulowaniem oraz podniecaniem się na zapas. Na przełomie maja i kwietnia zrobię jakieś sześć tysięcy kilometrów, licząc lekką ręką, co przyprawia mnie o mrowienie w stopach oraz ucisk ekscytacji w żołądku. W związku z powyższym żadne nadgodziny, żadna szarość za oknem oraz żadne rzężenie w płucach nie są mi straszne.

 

niedziela, 24 lutego 2013

Jedną z niewielu rzeczy, które mnie w życiu irytują absolutnie, zupełnie i nieznośnie, są stany chorobowe. Mój układ immunologiczny chyba sobie od jakiegoś czasu w kulki leci, w związku z czym znowu czuję się raczej na "ch". Wczoraj fingowałam poprawę, gdyż zmian do planów na sobotni wieczór wprowadzać nie lubię. Zabieg był to rzecz jasna o tyle płonny, co marny w skutkach, gdyż dziś już nawet fingować nie bardzo mam jak, zdradza mnie bowiem najbliższe otoczenie w postaci termometru, paki chusteczek i pudełeczek drogocennych środków farmakologicznych, które zdają się nie być zbyt skuteczne, a także - a może przede wszystkim - nadwyrężona aparycja. Nie pomogły dziesiątki "na zdrowie", ani tych towarzyszących kichaniu, ani unoszeniu w górę szkła. Poczucie bezsilności jest mi przykre tym bardziej, że już dawno odkryłam w sobie objawiającą się w takich sytuacjach skłonność do zmian w rozmemłane, małe dziewczątko, które trzeba utulić i któremu należy zrobić herbatkę. Dobrze byłoby też kontrolnie, co pół godziny, troskliwym głosem pytać: "jak się czujesz, skarbie? lepiej?". Obraz z zewnątrz z pewnością nie wygląda gorzej niż w mojej własnej wizualizacji. Szkopuł w tym, że taka metamorfoza jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdy nie ma komu przejąć nad biednym chorym dziewczęciem opieki, nie ma komu objąć ramieniem i zakutać szczelniej w kołdrę. Proszę nie mylić tego stanu z samotnością tudzież brakiem męskiego towarzystwa per se, to, o czym mówię, ma raczej o wiele bardziej egoistyczne źródła oraz jest szczęśliwie mniej trwałe w czasie. Zakasują więc metaforyczne rękawy i, pociągając nosem spuszczonym na kwintę, idę sama się o siebie zatroszczyć.

11:43, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 lutego 2013

Niedziela. Późne popołudnie. Siedzę i zastanawiam się, jaki diabeł podkusił mnie, żeby kupić bilet do teatru na dzisiejszy wieczór z wyprzedzeniem. Przecież mnie się wcale nigdzie nie chce wychodzić. Wcale a wcale. Tydzień temu mogłam przynajmniej wytknąć palcem winnego, z tą różnicą, że wyjście, owszem, było zaplanowane z wyprzedzeniem, ale ani nie przeze mnie, ani dla mnie. Z racji natomiast, że najwyraźniej figuruję w kilku notesikach jako rezerwowe towarzystwo, towarzystwo w dodatku łatwe, dające się namówić w ciągu trzydziestosekundowej rozmowy telefonicznej na zmianę planów z wegetacji przed telewizorem, na wbicie się w małą czarną i przemarsz przez błoto pośniegowe na ulicę Gzymsików. Zapyta ktoś może, po co na Gzymsików (choć mnie osobiście nurtuje raczej kwestia: kto nadaje ulicy taką nazwę). Otóż na ulicy Gzymsików, jakieś dziesięć minut od placu Inwalidów i tyleż od Nowego Kleparza ma swoje lokum Teatr KTO. Trochę wstyd się przyznać, ale była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu, a odkrywanie takich punktów na mapie Krakowa zawsze sprawia mi wielką frajdę. Krakowski Teatr Osobliwości powstał w latach 70. z inicjatywy studentów UJ, a od kilku lat ma status Teatru Miejskiego. Przez zieloną furtkę wchodzi się na podwórko, trzy schodki, maleńkie foyer, po lewej szatnia, po prawej kasa, a potem długi korytarz ze światłowodami przy podłogowych listwach. Wchodzimy do pomieszczenia po lewej, wypełnionego drewnianymi krzesłami. Z pewnością nie jest to szczyt wygody, ale przecież nie o wygodę tu chodzi (zdanie ulega stopniowej zmianie wraz z upływem kolejnych kwadransów spektaklu).

Od początku lutego na deskach Teatru KTO można zobaczyć Rondo Schaeffera. Jest to opowieść o grupie kobiet, które zakładają pismo dla kobiet, sprzeciwiając się powszechnej dominacji mężczyzn. Schaeffer traktuje temat z przymrużeniem oka, ale raczej niż satyrę na feminizm, stworzył satyrę na absurdalną i nieprzerwaną wojnę płci.

Fakt, że Rondo na Gzymsików zobaczyć można, nie oznacza niestety, że zobaczyć warto. Piotr Bikont, biorąc na warsztat sztukę Schaeffera, odniósł poważną porażkę, a stało się to przede wszystkim za sprawą zaangażowanych do spektaklu aktorów. Katarzyna Maria Zawadzka męczy (siebie i widza) nienaturalną, maszynową recytacją i sztuczną mimiką rodem ze szkolnych akademii, Michał Orzyłowski potyka się o własne buty i własne słowa, Agata Słowicka gra wyjątkowo nierówno i nie ratuje spektaklu nawet dobry, szczególnie na tle grupy, występ Marty Zoń i Justyny Orzechowskiej. Wyszłam ze spektaklu zmęczona, a przede wszystkim zawiedziona, bo zupełnie czego innego się spodziewałam. Oby dzisiejszy wieczór miał odmienne zakończenie.

18:54, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lutego 2013

Trzy mini-monodramy, czterech aktorów, nieograniczona przestrzeń internetu wpasowana w ciasną przestrzeń Nowej Sceny na Jagiellońskiej. Musiały upłynąć cztery lata od premiery, żebym zdołała wybrać się na blogi.pl. Cztery lata, a widownia wciąż pełna - i trudno się dziwić.

Blogi.pl to efekt festiwalu Blog TXT, który odbył się w maju 2008 roku. W istocie to nie spektakl, a trzy spektakle, opracowane na podstawie trzech blogów. Moim zdecydowanym faworytem jest Niebieska sukienka w reżyserii Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, ze scenariuszem Jacka Poniedziałka. Przedstawienie zaczyna projekcja filmu anonimowanego, w którym kobieta-posąg schodzi z cokołu, a w czasie jej marszu po schodach jej garderoba podlega ciągłej transformacji. Projekcja zostaje gwałtownie przerwana rozdarciem ekranu. Stoi przed nami, jak się zdaje, kobieta z pomnika (Małgorzata Zawadzka). Siada na obrotowym krześle na środku sceny, wkłada ręce w rękawy siedemnastowiecznej sukni (niesamowity to zresztą rekwizyt, odgrywający swą rolę tak udatnie, że gdybyśmy nie widzieli, my, widzowie, że suknia nie jest suknią, a co najwyżej jej opartą na stelażu połową, niewątpliwie dalibyśmy jej wiarę), odchyla głowę w egzaltowanym geście i wygłasza swój list. Opowiada o samobójstwie pewnego barona, który nie był w stanie znieść myśli, że podczas królewskiej uczty w jego domu na jednym ze stołów zabrakło pieczystego. O ironio, w chwili, kiedy odbierał sobie życie, dostawa mięsa była już w drodze. Markiza de Sevigne roni łzę nad baronem, a w międzyczasie jej miejsce na scenie zajmuje współczesna blogerka - Iwona Bielska. Reguluje wysokość krzesła, chowa się za niebieską suknią w swoim t-shircie i spodniach, wierci się, kręci i… zaczyna recytację. Patetyczny siedemnastowieczny język zastępuje kąśliwa mowa sieci, konkretnego adresata - anonimowy czytelnik przed monitorem. Kobieta w średnim wieku, inteligentna, świadoma siebie, bawi do łez swoim biadoleniem, jojczeniem, utyskiwaniem nad nadmierną tuszą, niedostateczną motywacją, zamiłowaniem do słodyczy. Polska Bridget Jones. Skąd my to znamy. Iwona Bielska jest w tej kreacji wyśmienita, absolutnie rewelacyjna i ja proszę o więcej. Nie mam pojęcia, jak utrzymuje powagę, kiedy cała sala ryczy, ale robi to i robi to z gracją. Listy Markizy ustawiają ten monolog dojrzałej kobiety przełomu XX i XXI wieku w interesującym kontekście, uruchamiają pytania o formę, wagę, ewolucję.

Drugi blog to MyDzieciSieci w opracowaniu Masłowskiej i reżyserii Szymona Kaczmarka. Jego bohaterka to siedemnastoletnia Alinka a jej głosem na scenie jest... Adam Nawojczyk. To zestawienie to naturalny pretekst do pytań o kreacyjność internetowej rzeczywistości i jej granice (bądź ich brak). Alinka to postać niemożliwie przerysowana, ni to zmanierowana nastolatka, ni to skłonny do egzaltacji gej o cudacznych, pretensjonalnych gestach, ni to dewiant podszywający się pod dorastającą dziewczynkę. I taki jest w tej kreacji Nawojczyk: bawi się rąbkiem swetra w kolorze kości słoniowej, tupie do rytmu muzyki, rzuca się po scenie, zaczepia widzów, będąc w tym wszystkim tak alinkowaty, że aż irytujący.

Gorzki śmiech przynosi natomiast trzeci akt, Forma przetrwalnikowa w opracowaniu Szymona Wróblewskiego i reżyserii Radosława Rychcika. Jego autorka (tu Katarzyna Krzanowska) to młoda lekarka, która nie odnajduje się w realiach polskiego szpitala. Jest wykształcona, zdolna i ambitna, ale nie starcza jej do pierwszego. Inwestuje w siebie, ale w kraju ta inwestycja się nijak nie zwraca, podejmuje więc decyzję o wyjeździe na Wyspy. Blog ma być formą autoterapii, wylewem przedemigracyjnych lęków i zawodowych frustracji. O tempora. Smutny to bilans i wciąż niestety aktualny. We mnie uruchomił kilka autobiograficznych refleksji i pewnie podobnie w niejednym widzu, bo średnia wieku na widowni była niewysoka.

Podsumowując: blogi.pl to dobrze spędzone dwie godziny. Niezła dynamika, fajna gradacja emocji, może tylko za długie antrakty. A poza tym spora dawka endorfin (mimo ponurego w wymowie zakończenia) oraz spora dawka interesujących tematów do dalszych rozmyślań: socjologicznych, psychologicznych, kulturowych, ekonomicznych i głęboko egzystencjalnych, czyli na przykład jak pogodzić miłość do czekolady z miłością do rozmiaru 36.



22:26, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2