Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
piątek, 30 listopada 2012

Podobno statystyka jest jednym z największych kłamstw ludzkości. W dodatku kłamstwem, które ciągle pcha się z butami i mimo świadomości, że życie ciężko przełożyć na cyferki, mam ku temu ostatnio wielkie ciągoty. Bo tu prawdopodobieństwo 1:5, tu 1:100, tu mi nikt nie chce przedstawić formy liczbowej, ale ja i tak dobrze wiem, że zasadniczo niewiele wyższe, niż trafienie szóstki w totka. A nadzieja nie zawsze chce być do prawdopodobieństwa wprost proporcjonalna.

 

Oraz, proszę Państwa, zapalam się jeszcze bardziej, nawet jeśli nie ma po czemu.

W taki rytm:

 

 

Natomiast jutro jest piątek, po piątku sobota, potem niedziela, a w niedzielę będzie kac. Dobranoc.

02:15, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 listopada 2012

Głowa mi ciąży. Już nie tylko się martwię, już jestem niepokojem, realnym, namacalnym, który bardzo ciężko się ukrywa i chyba nieudolnie. Bo ja bym tylko chciała, żeby ktoś coś mógł poradzić. Na to, co się dzieje albo chociaż na moją w tym bezradność. Bo posiedzieć to mało. Bo powiedzieć coś to tyle co nic. Bo ja nie jestem zaprawiona w biernym wsparciu, wolałabym przyjąć rolę agensa, tylko że taka tu jest zarezerwowana dla profesjonalistów, którzy też jakby nie wiedzą do końca, co począć.

 

A ponadto zapalam się tam, gdzie pewnie nie warto się zapalać.

 

 

Ale będzie dobrze, prawda?

21:08, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2012

Ze zbiorami dramatów albo opowiadań mam tak, jak z pudełkiem pomadek: patrzę na opis każdej z czekoladek na spodzie opakowania, przeprowadzam głęboką analizę kompozycji smakowych, myślę, która potencjalnie będzie najlepsza i zostawiam ją na koniec. Albo jak z porcją frytek, w której tylko część jest chrupiąca, a reszta niedosmażona i jakaś taka niemrawa. W kwestiach kulinarnych bywa to oczywiście strategia zgubna, bo jeśli ktoś to zaobserwuje, to gotów pomyśleć, że się czegoś nie je, bo się tego nie lubi, a nie że to rarytasy skrzętnie zachowywane na ostatni kęs. Mniejsze ryzyko w przypadku literatury. No i tak właśnie zabrałam się do Williamsa, odkładając na koniec Tramwaj. Nikt mi go nie podjadł, mogłam się delektować aż do ostatniego gryza.

BLANCHE: I understand how it happened - a little. You saw him in uniform, an officer, not here but – STELLA: I'm not sure it would have made any difference where I saw him.
BLANCHE: Now don't say it was one of those mysterious electric things between people! If you do I'll laugh in your face.
STELLA: I am not going to say anything more at all about it'.
BLANCHE: All right, then, don't.
STELLA: But there are things that happen between a man and a woman in the dark - that sort of make everything else seem - unimportant. [Pause.]
BLANCHE: What you are talking about is brutal desire - just - Desire! - the name of that rattle-trap street-car that bangs through the Quarter, up one old narrow street and down another...
STELLA: Haven't you ever ridden on that streetcar?
BLANCHE: It brought me here. - Where I'm not wanted and where I'm ashamed to be...

Williams, A Streetcar Named Desire

A w życiu toczącym się poza literaturą po raz kolejny przekonuję się, że najlepszym sposobem, by nabrać dystansu do własnych problemów, jest spojrzenie na nie przez pryzmat wiadomości, dochodzących z zewnątrz. Wiadomości, które nadają obrazowi prawidłowy kontrast. Wiadomości, na dźwięk których robi się człowiekowi głupio, co jeszcze parę minut wcześniej uznawał za godne uwagi. Wiadomości, które sprawiają, że się bardzo martwię i bardzo chciałabym coś móc zrobić.



poniedziałek, 26 listopada 2012

Jest zimno. Znowu dałam się namówić i wyłączyłam kaloryfer, a teraz nie chce się włączyć. Co roku to samo. Siedzę pod kołdrą, nie mogę sobie znaleźć wygodnej pozycji. Czytam Williamsa w Poniedziałkowym przekładzie, co jakiś czas zaglądam do oryginału, nieufna jestem. Williams trafił do mnie jakieś 2 miesiące temu w ramach jednego z tych ataków kompulsywnego nabywania książek i jakoś się nie mógł doczekać. Żeby się nim ktoś zajął. Żeby się móc na coś przydać. Ale zabrałam go w weekend na przejażdżkę pociągiem i okazał się dobrym kompanem. W drodze powrotnej, zdaje się, nawet mi załatwił miejsce siedzące w pociągu wypchanym powyżej granic nieprzyzwoitości. Mam ostatnio szczęście do szarmanckich mężczyzn w pkp. Zasadniczo nie tylko w pkp, tyle że ci spoza pkp są żonaci albo przynajmniej bardzo zajęci.

MARGARET: And so tonight we're going to make the lie true, and when that's done, I'll bring the liquor back here and we'll get drunk together, here, tonight, in this place that death has come into. . . . -- What do you say?
BRICK: I don't say anything. I guess there's nothing to say.
MARGARET: Oh, you weak people, you weak, beautiful people! -- who give up. -- What you want is someone to --
[She turns out the rose-silk lamp.]
-- take hold of you. Gently, gently, with love! And --
[The curtain begins to fall slowly.]
I do love you, Brick, I do!
BRICK [Smiling with charming sadness.]: Wouldn't it be funny if that was true?
[Curtain.]

Tennesee Williams, Cat on a Hot Tin Roof

O braku skrupułów, fałszu i zakłamaniu, dobrej wierze, która przynosi niedobre konsekwencje, o konwenansach, uprzedzeniach i fobiach, o desperacji, o widmie śmierci, a przede wszystkim chyba o zawiłych stosunkach rodzinnych.

To tak tylko, jeśli komuś mało ciężkich myśli, bo w lekturze sztuki Williamsa tracą teatralny, chwilami groteskowy, wymiar.

A jeśli ciężkich myśli jest aż nadto i tak jak mnie jesienią wzrasta Wam zapotrzebowanie na historie z happy endem, to polecam bardzo przyjemną opowieść na ekranie. Flipped, aka Dziewczyna i chłopak - wszystko na opak. O tym, jak na przestrzeni lat może się zmienić nasza percepcja tej samej osoby. Jak pokrętne bywają pomysły losu. Jak ciężko w pewnych sprawach o synchronizację. O pierwszej miłości. I o tym, jak cienka jest granica między antypatią, a zauroczeniem. Jedna z tych historii, które sprawiają, że chciałabym mieć jeszcze raz 14 lat. Byle nie na zbyt długo.

Oparte na książce Wendelin Van Draanenk. Ląduje na mojej liście "do nadrobienia".

GARRETT: Are you freaking mental? Juli Baker? You hate her.
BRYCE LOSKI: That's whats so weird, I don't think I do.

Flipped (reż. Rob Reiner)


14:35, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012

Wróciłam na krakowskie śmieci. Drogą wiodącą od Pruszkowa przez Wrocław i Paryż. Tak się złożyło, że wcześniej w Paryżu nie byłam, jakoś tak nie po drodze mi było. Jak to osoba bezrobotna, nie miałam za bardzo czasu, żeby przed wyjazdem coś więcej poczytać i zaplanować (a kto mnie zna, ten wie, że co jak co, ale podróże u mnie są zazwyczaj gruntowanie przygotowane, a wiedza o miejscu docelowym skrupulatnie zgromadzona w głowie, stercie notatek oraz mapie i wydrukach). Musiały mi więc wystarczyć przewodnik, który rozpadł się w stertę luźnych kartek przy pierwszym otwarciu oraz pobieżna lektura wikitravel. No ale najważniejsze, czyli jak dojechać z lotniska do hotelu (tak, hotelu, dobrze Państwo widzą, tym razem wyjątkowo przyszło mi zarzucić couch), sprawdziłam zawczasu, resztą postanawiając martwić się na miejscu, w głowie mając raczej mglistą listę punktów, którym nie zostały jeszcze przyporządkowane priorytety.

Postanowienie numer jeden głosiło, że nie będziemy się bawić w gonitwę i zaliczanie "top 10/25/100" na mapie. W zasadzie postanowienie numer jeden było postanowieniem jedynym. I jak to z postanowieniami bywa, nie przetrwało zbyt długo. Dlaczego? Ano dlatego, że Paryż jest miastem, które absolutnie mnie wchłonęło, wessało całą moją istność, sprawiło, że w jednej sekundzie zapragnęłam zobaczyć wszystko, tu i teraz, a zdroworozsądkowe podszepty, że w niecałe trzy dni to raczej nie za bardzo, zostały skutecznie stłumione przez irracjonalny pęd, by się napatrzeć, nasłuchać, nawąchać tego miejsca na zapas, gwałtownie, bo nie ma czasu na przydługą grę wstępną. Tu się liczy czas, krótka piłka, szybki numer, bez rozpinania stanika. To chyba dlatego, że Paryż tak bardzo przypomniał mi Wenecję. Tu też kawa przy barze kosztuje euro, a już przy stoliku 2,50. Tu też ciężko w architekturze miasta znaleźć coś naprawdę brzydkiego, kiczowatego, budzącego wizualne wzdrygnięcia. Tu też ludzie są nieskorzy do mówienia po angielsku i nie przepadają za turystami, choć w dużej części z turystyki żyją. Najlepsze wspomnienia z - proszę mi wybaczyć emfazę - magicznego roku we Włoszech wróciły i to z całą siłą, i od razu wiedziałam, że Paryż mnie posiadł, że już się od niego nie uwolnię, tak, jak nie jestem w stanie uwolnić się od Wenecji.

Było więc sporo klasyki, z Luwrem (o tej porze roku o poranku niemalże pustym), Muzeum Orsay (gdzie trzy godziny to było dla mnie co najmniej dwukrotnie za mało), Centrum Pompidou (spędzenie tam jednej szóstej doby to tylko efekt samoograniczeń, celem zachowania jakiejkolwiek równowagi), no i rzecz jasna z Wieżą. Ale poza tym był ptasi targ, który w niedziele wypiera na Île de la Cité targ kwiatowy, były pyszne moules frites, czyli małże serwowane z frytkami w małej kawiarni na Montmartre, był wieczorny, trochę przypadkowy spacer pod Sacré-Cœur, były wreszcie upragnione pieczone kasztany. Niestety nie na Placu Pigalle, a na brzegu Sekwany, a Joanna, w odróżnieniu od Zuzanny, mogłaby je pałaszować przez cały rok, więc moja historia nawet się nie umywa do Stawki większej niż życie. Bo z kasztanami w Paryżu jest tak, że właściwie ich nie ma. Może to kwestia końca listopada. W każdym razie nie dotyczy to tylko sprzedawców ze skradzionymi z supermarketów wózkami. Nie sposób ich także znaleźć w supermarkecie. Ale misję poszukiwawczą zakończyłam sukcesem, bo w dzień wylotu przy metrze Belleville napatoczyłam się na wtorkowy targ i rzekłam deux kilos, s'il vous plaît. Tak, dwa kilo. Próbowałam też przemycić przez kontrolę bezpieczeństwa na kotnisku kasztanową marmoladę, ale to wyszło już tylko połowicznie. To znaczy ocalało jedynie to, co przełożyłam do małych słoiczków po kupionych specjalnie na tę okazję bananowych Gerberach. Jedną czwartą dużego słoika pochłonęłam natomiast z croissantem, zanim celniczka bezceremonialnie wrzuciła resztę do kosza. Bo wiadomo, na wakacjach, podobnie jak na imprezach, w weekendy, podczas gotowania oraz w okolicach świąt wszystkie kalorie idą w cycki.

 

Wizualna część narracji jak zwykle tu.

 
1 , 2 , 3