Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
niedziela, 30 listopada 2014
Miało być sushi. Ale że o 13, to mówię, że haha, taki brunch. W mojej głowie brunch to takie Kolanko no. 6 na Kazimierzu, omlet, płatki zbożowe, ciasteczko i kawa. Ewentualnie ser, marmolada, wędlina. No i sałatki. Szczególnie przy niedzieli, szczególnie przy kacu. Można na lekko, ale można też na całość. Ale nie. Nie tu i nie w tym towarzystwie.

- Miało być sushi, ale tym brunchem poddałaś mi pewien pomysł. Facciamo "tradisjonell norsk", podjedziemy metrem.

Frognerseteren to ostatnia stacja. Pociąg podjeżdża pod górę, mijamy Holmenkollen, za oknem roztacza się widok na fiord. Restauracja położona jest w lesie, kilka minut spacerem od linii kolejowej. Aby do niej dotrzeć, ślizgamy się po oblodzonej ścieżce. Wszystko pokryte jest śniegiem, a jesteśmy raptem 15 kilometrów od ścisłego centrum stolicy. Jest szaro i zimno, ale pięknie.

20141130_07.14.53_1

Drewniane wnętrze daje wrażenie ciepła. Światło jest przydymione, palą się świece i lampiony. Ścisk, jakiego żadne z nas się nie spodziewało, ale to pierwsza niedziela adwentu, a tutaj w pierwszą niedzielę adwentu je się ryż na mleku z cynamonem bądź marmoladą z borówki brusznicy. Tak, borówki brusznicy. Tak, musiałam wyguglować polską nazwę. Tak, wciąż śmieszy mnie norweska nazwa tyttebær.

Na ścianach wiszą poroża i i obrazy. Na stołach kwiaty w wazonach. Stoliki oddzielone są parawanami. Po lewej od wejścia zaczyna się bufet, którego obfitość jest przytłaczająca. Z pewnym trudem nie sięgam po pistacjową bezę większą od mojej dłoni. Następnie przechodzę obojętnie obok ciasta kasztanowego, żurawinowych piegusków o średnicy 15 centymetrów, borówkowego placka z kruszonką. Sprawa się komplikuje kiedy przechodzimy do dywizji obiadowej. Komplikuje się dlatego, że Norwegowie lubują się w przekształcaniu jedzenia w klopsy i wszelkiej maści panierowane kotlety. Jarzyny natomiast namiętnie trą. Jednym słowem dla nowicjusza jedna wielka niespodzianka. Nie jestem gotowa na pełne ryzyko (proszę uwzględnić, że można trafić na renifera bądź łosia), więc stawiam na hjemmelagde fiskekaker med råkost og kokte poteter. Innymi słowy: rybny mielony, surówka z marchewki i ziemniaki. Oraz gigantyczna szarlotka z domową bitą śmietaną. W prezencie dostaję jeszcze jęczmienny krupnik. Tak proszę Państwa, przeleciałam ponad 1200 kilometrów, odbyłam piętnastokilometrową podróż pociągiem i ryzykowałam połamaniem kończyn, by zjeść (prawie) tradycyjny polski obiad.

Ale było koselig. I smacznie.
20:18, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2014

sunrisehour08:33        

sunsethoursymbols15:33


Drogie Bravo,

czy od słodyczy konsumowanych we śnie można przytyć?
Z góry dziękuję za odpowiedź i serdecznie pozdrawiam,
J.

Obudziłam się w całkowitej ciemności, mając cichą nadzieję, że słońce jeszcze nie wzeszło. Ale nie, była dziewiąta. Obudziłam się ze snu tak realistycznego, że wraz z otwarciem oczu ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Wraz z M. skonsumowałyśmy właśnie naleśniki z bitą śmietaną i planowałyśmy wyjście po gorące belgijskie gofry. W międzyczasie, w całej swej podłości, wepchałam w siebie jeszcze babeczkę z waniliowym kremem. W tajemnicy przed M. Nie jestem pewna, czy bałam się bardziej tego, że będę się musiała podzielić, czy że będzie mnie oceniać. W każdym razie wpychałam tę babeczkę do ust jak bulimik, pośpiesznie, zachłannie. A następnie otworzyłam oczy.

sobota, 22 listopada 2014

Słońce wzeszło dziś o 8:31 i zajdzie o 15:35. Po raz pierwszy od dwóch tygodni je widziałam. Było tam. Trochę za chmurami, ale było na pewno, nawet jeśli niewyraźne. Widziałam też jego odbicie w szybie budynku po drugiej stronie ulicy i tylko dlatego wyszłam z domu. Założyłam błękitny softshell, naciągnęłam na uszy czapkę i pobiegłam. Okazuje się, że dwa stopnie Celsjusza w samo południe to właściwe warunki na jogging. Szczególnie kiedy nie pada. Można zobaczyć światło dzienne. A światło dzienne jest spoko.

Mam dzień wolny. Wyspałam się, ale już mam ochotę położyć się znowu. W końcu za 5 minut zajdzie słońce. Punktem kulminacyjnym soboty stało się przygotowanie obiadu i jego konsumpcja. Takie tam tagliatelle z małżami. Tanie białko, zbilansowana dieta. Trzeba by wrócić do właściwego rytmu, odpowiednich proporcji. Ograniczyć cukier, cichego zabójcę. Mimo że krzepi. Ogarnąć to, co nieogarnięte. Ustalić klarowne zasady, nie pozwalać na emocjonalne szantaże i terror słowa. Ale powoli, baby steps. Matematyka mówi, że Azjaci + Włosi + niedobory witaminy D = zadużo. Nie wszystko na raz. 

15:30, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 listopada 2014

sunrisehour08:17        

sunsethoursymbols15:46


Ciasto na piernik w lodówce. Z poślizgiem, ale jest. Zrobiłam połowę porcji, mam wrażenie, że powinnam była zrobić 1/8. Ale przecież określenie "za dużo piernika" nie ma sensu.

Ilość dziennego światła codziennie się zmniejsza, chmury nie pomagają. Czytam Gone with the Wind, walczę z angielszczyzną z epoki. Słucham Last Christmas. Piję hektolitry herbaty. Podporządkowuję się norweskiej ideologii, że wszystko powinno być koselig [czyt. kušli]. Jeśli ktoś sądzi, że koselig znaczy nie więcej niż "przytulny", to jest w błędzie. Tutaj to filozofia. Styl życia. Wełniane skarpety, pompony przy rękawiczkach, kwiaty w oknie to za mało. Za mało to nawet moje 12 świeczek, które trącą atmosferą polskiego cmentarza oraz różowa azalia na którą wydałam 50 koron. Koselig może być bar, osoba albo sweter. Koselig to SENS.

Cel na kolejny tydzień: nie dać się spadkowi energii.

 

.

22:17, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 listopada 2014

10 listopada 2014

Dlaczego w krakowskich tramwajach o poranku roznosi się zapach bezdomnych, a tutaj wszędzie pachnie kawą?
---
Urząd Skarbowy. Wszystkie okienka czynne. Czas oczekiwania: 3 minuty. Czas załatwiania sprawy: 3 minuty.

11 listopada 2014

M: (...) zmusilam sie do wyjścia i udaje na Gottland. Grozi mi ukamienowanie przez demonstracje. Które są obok jedynego kina grającego Gottland. Zmow paciorek.
J: Nie wiem czy zauważyłaś ale nie ma mnie w kraju i nie mam pojęcia o czym mówisz
M: Święto Palenia Tęczy!!! Coroczne.

12 listopada 2014

Dzień, w którym nie rozumiemy mężczyzn. Na potęgę.

13 listopada 2014

Dzień, w którym nadal nie rozumiemy mężczyzn.
---
Po ponad miesiącu spania w śpiworze MAM POŚCIEL. Małe radości dnia powszedniego. Tudzież nocy.

14 listopada 2014

Dzień, w którym wciąż jeszcze nie rozumiemy mężczyzn. Ale za to zaczyna się weekend.
Proszę także nie zapominać, że to ostatni dzwonek na zagniecenie ciasta na dojrzewający piernik. Do świąt zostało niespełna sześć tygodni.

 

20141114_172535001

 
1 , 2