Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 28 marca 2012

Tam, gdzie przyszłam na świat i spędziłam pierwsze 16 lat życia, miałam najlepszych sąsiadów, jacy mi się dotąd przytrafili. To tacy sąsiedzi, do których chodzi się na placki ziemniaczane i gołąbki, u których czyta się Bravo Girl, buduje namiot z koców między biurkiem a krzesłami. Sąsiedzi, do których rano przybiega się jeszcze w piżamie, a od których wieczorem rodzice muszą cię wynosić, bo płaczesz i prosisz o "jeszcze tyko pięć minutek". Sąsiedzi, z którymi jeździsz nad wodę, albo przesiadujesz godzinami na balkonie, wysuwając chude jak patyki nogi przez szczebelki barierki (i dostajesz dziecięcego zawału serca, jeśli akurat sąsiad z dołu wpadnie na pomysł, by cię za tę chudą nogę pociągnąć).  Sąsiedzi, u których gra w eurobusiness prawie cała dzieciarnia z klatki, bez względu na różnice wieku. Sąsiedzi, do których niemal codziennie idzie się coś pożyczyć: szklankę cukru, jajko, sól, kawę, mleko, albo stół i krzesła na większy zjazd rodzinny. Sąsiedzi, do których nadal mówisz "ciociu" i "wujku", mimo że pokrewieństwa tu żadnego, a ty masz już dwadzieścia kilka lat. A dowiadując się, że twoja sąsiadka - najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa spodziewa się dzidziusia, czujesz się NAPRAWDĘ dorośle. Sąsiedzi, za którymi tęsknisz w każdym kolejnym mieszkaniu, do którego cię los zaniesie.

Takich sąsiadów miałam przez lata, a potem się wyprowadziłam. W internacie za ścianą miałyśmy niedoszłe aktorki, uczennice prywatnych szkół artystycznych, mających je przygotować do egzaminów na PWST. Obiektywnie rzecz ujmując: pozbawione talentu, co można było śmiało wywnioskować nawet przez ścianę, słuchając bezbarwnej, wyzutej z emocji recytacji, od liryki Leśmiana po dramaty Szekspira, lub "gry" jednym palcem na mini-keyboardzie w ramach akompaniamentu do fałszu godnego "Boskiej!" Quiltera w wykonaniu Jandy. Nieobiektywna natomiast była ich percepcja własnych uwarunkowań. Jedno, czego im nie brakowało, to absolutny brak kompleksów, przejawiający się między innymi w paradowaniu w stringach po korytarzu, braniu prysznica z odsuniętą zasłoną, czy myciu zębów topless.

Po roku z małym hakiem zmieniłam lokum. Tam były właściwie dwa mieszkania sąsiadujące z naszym. W jednym mieszkała pani po wylewie, z którą dzieliłyśmy przedsionek. Jakkolwiek okrutnie to brzmi, była ona dobrą sąsiadką, a jej problemy ze słuchem docenili niewątpliwie wszyscy, którzy mieli okazję bawić na którejś z rozlicznych imprez na Dietla. Rekompensowałyśmy jej to obiadami. Zresztą odgrzewając jeden z nich tuż przed maturą wylałam na siebie rondelek rozgrzanego oleju, czego ślady można zobaczyć do dzisiaj. W drugim mieszkała rodzina z dziećmi, które od czasu do czasu  au-pairowałam, a starszy brat tychże au-pairował mnie, aż do studniówki. Później już tylko starałam się nie wychodzić na klatkę, jeśli istniało ryzyko spotkania z kimkolwiek.

Po dwóch latach (a może trzech?) przeprowadziłyśmy się dwie klatki dalej i kontaktu z żadnym z sąsiadów właściwie nie miałyśmy.

Zresztą parę miesięcy później przeprowadziłam się na rok do Wenecji. W akademiku to byli sąsiedzi! Przez pierwszy miesiąc naszą uwagę przykuwała głównie "mafia", czyli banda plus minus dziesięciu Albańczyków, siejących postrach na korytarzach. Po miesiącu oni się wynieśli, a na ich miejsce przyszli głównie Włosi, ale właściwie to towarzystwo było mieszane. Z nimi  przesiadywałam godzinami dla nauki języka, z początku prawie nic nie rozumiejąc, ale kilkoro z nich okazało mi wielką cierpliwość, za co jestem im wdzięczna. Ale tak naprawdę trzymaliśmy się w grupie "erasmusowej": Aga, Madeleine, Ann-Catrin, Mario i ja. Było tam jeszcze kilkoro zagranicznych studentów, ale ogólnie ten akademik ciężko by nazwać miejscem sprzyjających kontaktom towarzyskim.

Po czterech miesiącach znalazłam mieszkanie. Zachęcona przez jednego ze znajomych, który miał być tam moim sąsiadem, wzięłam miejsce w trzyosobowym pokoju. O współlokatorach nie będę się rozpisywać, bo to jest temat na osobny, długi wywód. Ale sąsiadów też miałam udanych: dwóch z nich wyniosło się po paru tygodniach, ale wcześniej zdążyliśmy jeszcze pojechać razem na narty do San Martino di Castrozza. Ci którzy zostali, byli tak diametralnie różni, że trudno sobie wyobrazić, jak mogli mieszkać w jednym pokoju: Michael, student architektury z Niemiec, niepokazujący się publicznie bez świeżo wyprasowanej koszuli, bądź sweterka w serek i pastelowego polo (o jego mniejszych i większych dziwactwach mogłam się dowiedzieć więcej, kiedy w naszym mieszkaniu zwolnił się pokój, do którego M. postanowił się wprowadzić). Jego przeciwieństwo: Nico, noszący bluzy z kapturem i szerokie spodnie z obniżonych krokiem, ale bynajmniej niesłuchający hip-hopu i niejeżdżący na deskorolce. Jego głównym zainteresowaniem była trawa: jej zwijanie, palenie, mówienie o niej, zdobywanie jej, handlowanie nią i poznawanie nowych ludzi, którym można ją było sprzedać. Mieszkanie moich sąsiadów stało się więc bardzo szybko swojego rodzaju dziuplą.

Po erasmusie, w Niemczech, sąsiadów widywałam, ale nigdy nie zamieniłam z nimi słowa. Zresztą niby jak miałabym jakieś słowo zamienić, jeśli nie mówię ani po niemiecku, ani po turecku. To samo w Krakowie, na Szafera, chociaż tu nie bariera językowa była problemem, ale chyba specyfika dużego miasta. Tutaj może się ma sąsiadów, ale zazwyczaj się z nimi nie utrzymuje kontaktów.

A dzisiaj, korzystając z pięknej pogody i ostatnich dni w domu z ogrodem, postanowiłam wyjść na zewnątrz, poczytać. I właśnie to stało się impulsem do tego przydługiego wywodu. Mogłam dziś poobserwować naszych dysfunkcyjnych sąsiadów, o których kiedyś tam już wcześniej wspominałam. "Ogród" naszych sąsiadów, to jest takie mini-wysypisko śmieci. "Mini" tyko dlatego, że ogranicza ich rozmiar, a nie ilość gratów. Można się tam dopatrzeć chyba wszystkiego: ławki ogrodowej, lalek, starych materaców, wózka dziecięcego, krzeseł, łóżka polowego, rowerów oraz (o ile dobrze policzyłam) ośmiu wózków sklepowych (sic!). Próbowałam znaleźć argument dla gromadzenia tych wszystkich śmieci, ale nie zdołałam. Naszych sąsiadów ten burdel jednak nie zraża: siedzieli dzisiaj całą rodziną, wraz z sąsiadami z domu obok i gromadą wrzeszczących dzieci i pośród tego wszystkiego robili grilla. Bo grunt to posiłek w rodzinnym gronie.


19:00, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
środa, 21 marca 2012

Siedzę sobie w Crewe. Już trzeci dzień. Odmóżdżam się i lenię. Mam wrażenie, że niewiele się tu zmieniło od mojej ostatniej wizyty prawie trzy lata temu. To miasto jest jakby stanem przejściowym między polską 50-tysięczną pipidówką, a Nową Hutą. Nie chodzi mi już nawet o to, że na ulicach częściej można usłyszeć polski, niż angielski. To raczej kwestia atmosfery. A Polacy są tu w większości tak stereotypowi, że aż boli: piwo w jednaj ręce, a w drugiej papieros i (bo tutaj tak się da)/lub pośladek partnerki życiowej. Kobiety z obfitymi brzuchami na wierzchu, odziane w kolorowe legginsy i zbyt opięte podkoszulki. Mężczyźni w spodniach od dresu lub krótkich ortalionowych spodniach, do tego koniecznie wysokie sportowe skarpety. No i gromadka dzieci, jedno zwykle jeszcze w wózku, a kolejne w drodze - bo jak nie ma pracy, to przynajmniej jest zasiłek, z którego - nie tak jak u nas - można się spokojnie utrzymać. Chodząc po ulicach człowiek się zastanawia, czy to aby nie plan filmowy Londyńczyków, czy jakiegoś scripted-docu.
Po przyjeździe z Londynu zaskakują ceny - nawet na stałych promocjach Marks&Spencer jest co najmniej 50 pensów różnicy w dół, a w niektórych polskich sklepach wybrane produkty można kupić taniej, niż w Krakowie (tego mechanizmu jeszcze nie zdołałam zrozumieć).

Swoją drogą trudno uwierzyć, że tyle czasu już minęło od wakacji 2009, faszerowania się przez cały miesiąc Przyjaciółmi i frytkami po 15 godzin na dobę, szlajania się po mieście bez konkretnego celu, udając, że robi się to dla rozrywki (choć każdy, kto choć raz tu był, wie, że w rozrywki to miejsce nie obfituje). A potem miesiąc harówki przy bagietkach z czosnkiem i oliwą (do dziś nie mogę na nie patrzeć, nie wspominając o jedzeniu).
Postarzałyśmy się, Ola, nie?



A więc siedzę sobie w Crewe i staram się stopniowo nabierać takiego znudzenia nicnierobieniem, żeby po powrocie do Londynu z radością wrócić do książek o traumie. Pozbyłam się już na szczęście wyrzutów sumienia, że zostawiam mojego ciężko pracującego chłopca samego z akcją poszukiwania lokatorów do naszego pokoju, biorąc na siebie jedynie stroną logistyczną przedsięwzięcia -już pierwszego wieczoru po zamieszczeniu ogłoszenia w sieci para Azjatów zdecydowała się wpłacić depozyt. Teraz pozostaje nam jedynie czekać na zwrot od landlorda i mieć nadzieję, że w naszym nowym mieszkaniu wszystko pójdzie równie sprawnie.


niedziela, 18 marca 2012

Po półtora miesiąca nadchodzi czas na kolejne zmiany. Skłamałabym, mówiąc, że zdążyłam się zasiedzieć. Ale  też  nieprawdą byłoby stwierdzenie, że się nie cieszę. Znaleźliśmy nowe lokum, wreszcie! Na drugim końcu miasta, ale przynajmniej droga do pracy bez przesiadek. Pokój przestronny, na poddaszu, z ekspozycją zarówno południową jak i północną (czuję, że po przebieraniu w ofertach przez kilka tygodni zaczynam mówić jak agent nieruchomości), 2 minuty od Brick Lane (gdzie dzisiaj wsiąkliśmy na parę godzin). Naszym jedynym zmartwieniem jest teraz znalezienie kogoś na nasze miejsce, żeby nie stracić połowy depozytu, ale mam nadzieję że to nie będzie wielkim problemem - jakby na to nie patrzeć, za te pieniądze w tym mieście to jest wysoki standard. Poza tym w godzinę od zamieszczenia ogłoszenia w sieci dostaliśmy trzy odpowiedzi. Albo ogromny popyt nas ratuje, albo opanowaliśmy marketingowe sztuczki do perfekcji.

A na myśl o sąsiedztwie Brick Lane już się cieszę. Jeśli zachwycałam się Notting Hill, to tylko dlatego, że nie miałam stosownego porównania. Brick Lane jest jak Notting Hill przyklejone do La Boqueria w Barcelonie, od których każda z odnóg jest jak padewski targ na Piazza delle Erbe w skali 2:1. Chyba jedna z lepszych metonimii londyńskiej mieszanki kulturowej. Dziś w ramach poszerzania kulinarnych horyzontów spróbowaliśmy gozleme ze szpinakiem i fetą. Trudne to do opisania (coś między polskimi naleśnikami, żydowską macą, a hiszpańską tortillą) i pyszne.

 

20:24, home-made-london-fog
Link Komentarze (4) »
środa, 14 marca 2012

Po krótkich wakacjach na południu wróciliśmy do Londynu. Nigdy nie sądziłam, że Freiburg nazwę południem oraz że przed wylotem z Baden-Baden kupimy sobie kilka kanapek, kawę, chipsy oraz mezzo-mix z myślą, by porządnie się posilić, bo niemieckie lotnisko i tak nie zedrze z nas tak, jak off-licence w stolicy. Wróciliśmy z bólem serca, bo chciałoby się, żeby długi weekend z M. i A. choć trochę się przeciągnął. Wieczory przepędzane przy piwie i wspomnieniach z błogich erasmusowych czasów...
Freiburg jest piękny. Historyczne centrum idealnie zachowane, kamienice odnowione, a na świeżym, kolorowym tynku wymalowane adresy i nazwy sklepów. Wokół katedry w rynku codziennie odbywa się targ - można tu kupić świeże owoce i warzywa, kwiaty (tak cięte jak i doniczkowe, a że wiosna tam już w pełni, wybór wyjątkowo szeroki), sadzonki. Wszędzie roztacza się - dla mnie przytłaczający, ale dla co poniektórych kuszący i przywodzący na myśl najlepsze wspomnienia z rodzinnych stron - zapach currywurst oraz jej wegetariańskiej alternatywy z tofu. Centrum pełne jest małych kanałów, tzw. Bächle, które płyną wzdłuż krawężników większości ulic. W średniowieczu miały być formą walki z ewentualnymi pożarami miasta, dziś stanowią już chyba tylko formę otrzeźwienia dla bujających w obłokach, bo nietrudno do takiego kanału wdepnąć, a tradycja głosi, że ten, kogo to spotka, niechybnie  poślubi mieszkańca Freiburga.
Żeby zobaczyć panoramę miasta trzeba zebrać się w sobie, udać, że nie dostaje się zadyszki po podbiegnięciu piętnastu metrów do autobusu i wspiąć się na Schlossberg, gdzie znajduje się 35-metrowa wieża widokowa, radośnie bujająca się na wietrze.

Korzystając z lokalizacji Freiburga, wybraliśmy się też do Bazylei. Szwajcaria wygląda dokładnie tak, jak dotąd wyglądał jej stereotyp w mojej głowie (co jest nieco niepokojące), czyli czysto, schludnie i bogato. Obrazek dopełniony został przez idealną, wiosenną pogodę. Ceny za to szokują - uprzedzeni przez M. zaopatrzyliśmy się w suchy prowiant, ale dla przykładu: za dużą białą kawę w McDonald's (która to jest mniejsza od polskiej małej) trzeba zapłacić ok. 12 zł, a cheeseburger to koszt 11 zł. Kebap za to na super promocji z napojem można dostać już za 40 zł. Przy dobrej pogodzie na szczęście wały nad Renem są świetnym i niezwykle urokliwym miejscem na spożycie kanapek z serem. A przy okazji dorobiłam się pierwszych w tym roku piegów na nosie.




19:55, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 marca 2012

Moje tulipany dzielnie  rosną, podobnie jak słupek rtęci w naszym termometrze, plama na przeciekającym suficie (którą to właściciel obiecał się zająć 3 tygodnie temu) oraz skala konfliktu ze współlokatorami (którzy ostatecznie utwierdzili nas w przekonaniu, że mają poważne ograniczenia umysłowe; rację miał mój brat, mówiąc "nie rozmawiaj z idiotą, bo najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem" - istotnie: próbowaliśmy logicznych argumentów, uprzejmego potakiwania, ostatecznie nawet wrzasków, a w końcu stanęło na wznowieniu poszukiwań alternatywnego lokum).
Spadki odnotowujemy jedynie na wadze i w nastroju (na myśl o kolejnej przeprowadzce - dla mnie piątej w ostatnim półroczu). Mimo wszystko jednak w ostatecznym bilansie, podliczając liczbę plusów i minusów, nazwać by to należało hossą. Niech żyje logika ekonomii!


I niech żyją piękne panie! Z okazji naszego święta, zwanego pierwotnie Międzynarodowym Dniem Kobiet Pracujących, z dedykacją:

 

 

14:17, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »