Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 16 marca 2016

Już dawno nie przebiegłam dwunastki. Od dłuższego czasu standardem stała się piątka. Po czterech kilometrach odzywa się kostka, po nie więcej niż ośmiu kolano. Na dole, w centrum od dwóch dni jest wiosna. 12 stopni, bezchmurne niebo. Parki są pełne, fontanny oblężone, wszystkie miejsca w ogródkach knajp zajęte. Nad rzeką tłok. Pół Oslo biegnie w stronę jeziora, drugie pół z powrotem. Im dalej od śródmieścia, tym więcej śniegu. Jezioro wciąż skute lodem. Oblodzona ścieżka wokół. Biegnę i myślę, żeby nie odbić się krzywo albo nie pośliznąć, bo zdecydowanie znudziły mi się już kontuzje.

Moja znudzona swoją trwającą już 28 lat emeryturą Babcia kończy dziś 88 lat. Wszystkie ciepłe myśli lecą do niej.

 

Przechwytywanie

***

Za tydzień o tej porze będę już w samolocie.

19:36, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 marca 2016

Dwie godziny jazdy samochodem od Oslo znajduje się region Telemark. To od niego wzięło swoją nazwę charakterystyczne lądowanie w skokach narciarskich. Okolice słyną w kraju z pięknych lasów i są często wybierane na lokalizację dla "hytte". Tutaj też znajduje się Gaustatoppen - szczyt wznoszący się 1,883 m n.p.m., z którego przy dobrej widoczności można zobaczyć obszar obejmujący około 1/6 całego kraju. Wewnątrz góry skonstruowano na potrzeby armii wyciąg, który obecnie stanowi atrakcję turystyczną. Tak, wewnątrz. Wagonik ciągnięty przez elektryczną lokomotywę może pomieścić jednorazowo około 10 osób.

Zaopatrzeni w mapy, stuptuty i termosy ruszyliśmy po zaśnieżonej ścieżce. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Oslo pogoda była raczej wiosenna, więc około półmetrowa warstwa puchu zrobiła na nas wrażenie. Pogoda nie mogła być lepsza: pełne słońce i 3 stopnie mrozu. Po siedmiu kilometrach marszu dotarliśmy do punktu, gdzie, według mapy, powinniśmy skręcić z lewo i po niespełna dwóch kilometrach dotrzeć do hytte. Był to jednocześnie punkt, w którym urywała się nasza wydeptana ścieżka a zaczynał się gęsty las. Zamajaczył nam w oddali mały domek, na którego werandzie wygrzewała się w słońcu para rześkich staruszków, postanowiliśmy spróbować. No więc szukamy tej a tej hytte, według mapy wygląda to tak i tak, czy jest szansa tam się dostać. Ano bez nart nie ma szansy; a co, wy się tak do Norwegii wybraliście i się wcześniej nie wywiedzieliście? A nie, my tylko z Oslo, a ścieżki słabo oznakowane. Aha. No to dziękujemy.

Poszliśmy jeszcze 50 metrów dalej, rozejrzeliśmy się, utwierdziliśmy się w przekonaniu, że dziadek nie kłamał - przejścia nie ma. Nart nie ma. Jest samochód 7 kilometrów dalej i brak noclegu. Kiedy przechodziliśmy koło werandy pan raz jeszcze pokiwał z wyższością głową, stanął koło swojego skutera śnieżnego, spytał, czy coś zdecydowaliśmy, odparliśmy że tak, wracamy do samochodu i szukamy innego miejsca do przenocowania. I tu w sercu naiwnego podróżnika rodzi się cień nadziei, że na przekór skandynawskim stereotypom może pan zaoferuje, że nas podrzuci chociaż na ten parking, na co jego żona zruga go, że gdzie tam będziesz ich wiózł, niech tu zostaną, miejsca jest dość, jak śpiwory mają to jakiż to problem. Już, już gotów jest uwierzyć, że takie rzeczy w Norwegii też się mogą zdarzyć - ale nie. W zamian dostajemy jeszcze jedno pełne politowania spojrzenie, które motywuje nas do szybkiego oddalenia się.

Wracamy więc tą samą drogą, którą przyszliśmy, jemy śnieg, jak się kiedyś mawiało: "dla beki". A jak się w taki zmrożony śnieg  powtyka kawałki suszonych fig to prawie jak figowy popsicle. Pęcherz mi pęka, ale cóż, nie będę się wysupływać z 10 warstw swetrów, przetrzymam. Dla animuszu zaczynamy wspominać największe logistyczno-podróżnicze wpadki z poprzednich podróży, w tym nocowanie pod dworcem, dwugodzinne szukanie w Wenecji placu, który w istocie był oddalony o 100 metrów w linii prostej, a także próbę wydostania się z Nazaretu, która po godzinie jazdy zaprowadziła nas do tego samego korka, który był punktem wyjścia. Aż dotarliśmy do parkingu. Już dawno widok samochodu tak mnie nie cieszył.

Wybieramy kierunek na największe miasto w okolicy, czyli w norweskich standardach takie, które liczy niespełna 3,5 tysiąca mieszkańców. Zawsze to wyższe prawdopodobieństwo na znalezienie noclegu, pogodziliśmy się już z tym, że nie będzie to w środku lasu i z kominkiem. Ale nim minęło 10 minut, mignął mi przed oczami drewniany szyld z napisem "camping". Postanowiliśmy skręcić, choćby tylko na siku, a zostaliśmy na noc. I już wypytaliśmy o możliwość rezerwacji na długi weekend. Camping oficjalnie otwiera swoje podwoje w czerwcu, byliśmy więc jedynymi gośćmi. Mikrodomki leżą nad brzegu trzeciego pod względem głębokości jeziora Europy, które o tej porze roku jest gigantycznym lodowiskiem. Do ucha docierają jedynie dźwięki ptaków i chlust wody pod pokrywą lodu. A kot właścicieli to jedna wielka mrucząca kula miękkości, która postanowiła przespać noc ogrzewając nam stopy.

Dla takich momentów warto wychodzić z domu.

18:09, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »