Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 25 kwietnia 2012

Tęskno mi za Krakowem. Za wylegiwaniem się na wałach, Gołębią 3, ARSem, piwem, po którym ma się być może kaca, ale nie wyrzuty sumienia i pusty portfel, zapiekankami od Endziora, życiem towarzyskim, które tam zostało (czyli innymi słowy, posuwając się w stronę sentymentalizmu, za ludźmi, z którymi się pije i przegaduje całe noce).

 

 

 

Marzę o weekendowym wypadzie do Wenecji. O spritzu na Campo, kąpieli słonecznej na Zattere, spacerze aż po sam koniec Fondamenta di Cannaregio, gdzie turystów spotyka się z rzadka, cichetti u Bliźniaków, aperitivo u Remera, lodach pistacjowych i pizzy na Campo dei Frari.

 

 

Tymczasem siedzę w Londynie, trzeci tydzień z rzędu leje niemal codziennie, więc rano podkręciłam ogrzewanie, które z trudem przedostaje się aż na poddasze, spłukuję się kupując polskie piwo w off-licence, które i tak kosztuje tyle, co najtańsze popłuczyny no brand i rozmyślam, jak by tu zorganizować swoje życie od września w Niemczech. Paradoksy.


16:01, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

Londyn to takie miasto, w którym występują rejonizacja oraz wysoka dywersyfikacja stanów pogodowych.

Rano budzi mnie uderzający o szyby deszcz. Za chwilę słyszę budzik. Mario wzdycha i zaczyna wygrzebywać się spod kołdry z nieukrywanym niesmakiem. Uchyla zasłonę, chyba tylko po to, by potwierdzić prawdziwość wrażeń akustycznych, wzdycha jeszcze ciężej i idzie pod prysznic. W tym czasie ja przewracam się na drugi bok i próbuję się jeszcze chwilę zdrzemnąć, doceniając w tym krótkim momencie zalety bezrobocia. Kiedy Mario wraca spod prysznica i usiłuje nawiązać rozmowę, ja jestem już zdeterminowana, by spać dalej i nic nie jest w stanie mnie od tego odwieść. Zrezygnowany, zbiera swoje rzeczy i wychodzi do pracy.

Kiedy budzę się po jakiejś półgodzinie, za oknem świeci słońca, a niebo jest błękitne. Mario donosi, że w okolicach jego pracy (jakieś 10 kilometrów od domu w linii prostej) chodniki są suche. Powoli zbieram się i idę na siłownię, po drodze delektując się piękną pogodą z odzysku. Kiedy po niespełna dwóch godzinach wychodzę, leje jak z cebra, a po pięciu minutach zaczyna się kolejna wiosenna burza. Zanim jednak zdążę wziąć prysznic, znowu się rozpogadza.

Biorę do ręki książkę i decyduję, że po jednym rozdziale pójdę na spacer, a przy okazji zrobię zakupy, bo lodówka świeci pustkami. Nie jestem jednak nawet w połowie, gdy za oknem robi się ciemno od gradowych chmur i bryłki lodu zaczynają hałasować o dach. Czytam więc dalej i kiedy rozdział się kończy, za oknem znowu jest znośnie. Zgodnie z planem więc wychodzę. Idę do supermarketu, żeby załatwić wszystko za jednym zamachem. Wychodzę z dwoma wypchanymi siatkami i zdaję sobie sprawę, że brakuje mi ręki do trzymania parasola. Postanawiam zatem - jak większość Brytyjczyków - zignorować fakt, że moknę i urządzam sobie power walking w kierunku domu. Po pięciu minutach, kiedy jestem na miejscu, deszcz ustaje. Powoli się przejaśnia i tak zostaje aż do wieczora.

Koło siódmej po raz kolejny słyszę grzmoty. Wyglądam przez okno. Jest jasno, a chwilami nawet słonecznie. Chmury ułożyły się wysoko nad horyzontem w linii prostej, sprawiając wrażenie, że tylko nasze borough otrzymało z rozpisce deszcz, a wszędzie wokół pogoda dopisuje. Mario wraca cały mokry. Parasol mu się złamał, jak tylko wyszedł z metra. W okolicach pracy cały dzień był słoneczny i bezchmurny. Zabieramy się za przygotowywanie kolacji. Dzień jak co dzień.


  

11:26, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012

Dwa dni obżarstwa i po świętach. Mimo gorących zaproszeń, nikt nie przybył na nasz świąteczny obiad (zapewne wszyscy już dawno oddani szatanowi - vide fb).

A dziś przyszła pora na spalanie tego, co się zjadło. Wybrałam się rano na siłownię, a że tuż przed wyjściem zorientowałam się, że moje legginsy mają dziurę w raczej nieprzyzwoitym miejscu, postanowiłam po drodze zahaczyć o targ. Oferta "jedna sztuka £3, dwie sztuki £5" wydała mi się wystarczająco kusząca. Podchodzę, szukam metki, żeby sprawdzić rozmiar. Co widzę? "H&M - Made in Bangladesh". I pytam: jak to jest, że te same legginsy wielomilionowy koncern, posiadający ponad 2.300 sklepów w 43 krajach sprzedaje za 40 złotych, a handlarzowi z Bangladeszu opłaca się oferta 2 za 25 złotych? Ano zapewne tak się opłaca, że w Bangladeszu płace w przemyśle tekstylnym są najniższe w całej Azji dane z 2010 roku). Najniższa krajowa wynosi tam 3.000 taka, czyli około 43 dolary. Miesięcznie. To jest jakieś 27 funtów, czyli dziesięć par legginsów na targu.

 



20:04, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012

Święta. Drugi raz z rzędu poza domem. Trzeci, wliczając Boże Narodzenie. Przywykam. Albo już przywykłam.

Londyn po miesiącu serwowania pięknej pogody postanowił uraczyć nas deszczem na długi weekend, więc głównie siedzimy w domu i delektujemy się słodkim lenistwem, okraszanym większymi niż konieczne porcjami tysiąca potraw. Większość współlokatorów porozjeżdżała się do domów, więc cisza jak makiem zasiał. Hey gra w tle. Tutaj zima trwa rok, więc wybierzcie się tam, gdzie Grekiem jest każdy Grek. Mario: What is with the twaróg?

Wesołych Świąt!




21:36, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Odkąd się przeprowadziliśmy, mieszkamy blisko jednego z największych meczetów w Wielkiej Brytanii, East London Mosque. W linii prostej jakieś 250 metrów. Przy uchylonym oknie słychać nawoływanie muezina na modlitwę, a między budynkami widać minaret. Meczet wraz z sąsiadującym London Muslim Centre zrzesza około pięć tysięcy osób.


Wschodni Londyn jest miejscem chętnie wybieranym przez imigrantów ze Wschodu. Widać to choćby po oznakowaniu nazw ulic (jak choćby w wypadku Brick Lane), reklamach, szyldach - w tej części miasta niemal zawsze dwujęzycznych: angielsko-bengalskich, czasem angielsko-arabskich, choć zdarzają się i takie bez angielskiego tłumaczenia.

Sklepy z odzieżą zachodnioeuropejską są tu rzadkością, w przeciwieństwie do tych oferujących stroje dla kobiet przestrzegających hidżabu, czyli nakazu skromności. Muzułmanki w Londynie bardzo się między sobą różnią w podejściu do ubioru: można spotkać zarówno kobiety ubrane na modłę europejską, te noszące chustę zakrywającą włosy i szyję, te, których twarze zasłania nikab oraz te, które noszą pełne burki, odsłaniające jedynie oczy. Bo w Wielkiej Brytanii zasłanianie twarzy nie jest regulowane prawem, mimo że podczas referendum w ubiegłym roku 66% głosujących opowiedziało się za zakazem noszenia burek w miejscach publicznych. Tradycyjne stroje często można także spotkać u mężczyzn - są to zwykle luźne spodnie noszone wraz z sięgającą kolan koszulą, bądź galabija, czyli luźna szata sięgająca kostek, ale można także zobaczyć tradycyjne afgańskie chapany i turbany.

Tutejsza społeczność islamska stanowi w tym borough wyraźną większość, to nie ulega wątpliwości. Przede wszystkim prowadzą wszelkiego rodzaju sklepy i lokale usługowe, ale są też listonoszami, dostawcami pizzy, kasjerami w banku.

Przykład nr 1: wczoraj musiałam dorobić klucze, bo nasza landlady dostarczyła tylko jeden komplet. Wracając z zakupów rozglądałam się wszędzie za szyldem. Wreszcie znalazłam: "dorabianie kluczy i naprawa obuwia" (to tutaj normalne, że na dziesięciu metrach kwadratowych prowadzi się dwa-trzy biznesy). Wchodzę niepewnie i pytam starszego pana, siedzącego przy maszynie do szycia (najpewniej nie doczytałam na szyldzie, że punkt oferuje także usługi krawieckie), czy mogę tu dorobić klucze. Pan, jeszcze bardziej niepewny, niż ja (chyba rzadko ktoś się do niego zwraca po angielsku), wskazuje głową na drugiego pana, który właśnie wyłonił się z zaplecza. Drugi pan (szewc) grzecznie mnie wita i bierze klucze, ale po chwili oddaje, mówiąc, że na jednym z nich nie ma dokładnej specyfikacji i on nie dorobi. Na moje szczęście w tej chwili w drzwiach staje trzeci pan (tym razem ślusarz), odbiera od kolegi klucze, o czymś przez chwilę debatują, ale słowa z tego nie rozumiem. W końcu pan numer trzy wycenia usługę na 8,50 i zabiera się do pracy, a pan numer dwa odbiera ode mnie zapłatę i wystawia rachunek. Po jakichś dwóch minutach, zadowolona, wychodzę. Co prawda po przyjściu do domu okazuje się, że klucz obraca się w zamku z wielkim oporem, no ale 8,50 piechotą nie chodzi, więc wręczam pęczek nowiutkich kluczy mojemu drogiemu chłopcu. Niech się też trochę pomęczy.

Przykład nr 2: dzisiaj potrzebowałam coś wydrukować. Żeby nie chodzić jak idiotka i wyglądać za punktem ksero, zasięgnęłam rady u google. Zadowolona, poszłam prosto pod wskazany adres. Niestety pracujący tam pan był wyjątkowo zajęty, ale jednocześnie na tyle uprzejmy, by odesłać mnie do konkurencji. Poszłam według wskazówek, ale niestety konkurencji nie znalazłam. Nie zrażając się, postanowiłam ruszyć jedną z głównych ulic dzielnicy, wierząc, że w końcu znajdę jakąś drukarkę. I słusznie, znalazłam: "fryzjer, internet, kopiowanie, drukowanie". Nieśmiało wchodzę w bramę, wielobarwna strzałka rodem z WordArtu kieruje mnie na piętro. "Kawiarenka internetowa" to cztery biurka, złączone po dwa i cztery komputery (niewyglądające na sprawne, w każdym razie wyłączone). Krzeseł jest za to więcej. Ale ja się nie poddaję: pytam, czy można by coś wydrukować, ależ tak, oczywiście, że można, więc wręczam pendrive. Na pendriwie plik *.html. Jeden z panów wpina pendrive do komputera, otwiera wybrany plik, czeka parę sekund, po czym oświadcza, że plik jest pusty i odwraca do mnie monitor. A ja widzę, że plik nie jest pusty, tylko że obraz się nie wyświetla. Myślę, myślę, myślę. W końcu pytam, czy może mogłabym skorzystać z maila, bo tam też ten plik mam. Okazuje się, że w kawiarence internetowej NIE MA INTERNETU. Panowie wspólnie próbują uzyskać połączenie, podpinając do komputera swoje telefony, ale nic z tego. Po paru minutach serdecznie mnie przepraszają i odsyłają dalej. Lekko już zrezygnowana, wychodzę. Po drodze przekonuję się, że w tej okolicy zdecydowanie łatwiej o złamanie simlocka, niż wydruk jednej strony. Wracam do domu z niczym. Jutro spróbuję raz jeszcze, może tą samą ulicą, ale w drugim kierunku?


19:30, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2