Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 17 kwietnia 2013

Jedną ręką mieszam ryż na jutrzejszy obiad, drugą usiłuję wpiąć wsuwkę w swój kok - desperacką próbę zaoszczędzenia na fryzjerze przed sobotnim kuzynki zamążpójściem (ja wiem, gotowanie i włosy nie idą w parze, na usprawiedliwienie powiem, że dziś gotuję tylko dla siebie), a ramieniem przytrzymuję przy uchu słuchawkę, do której nawołuję, że tak, owszem, podróżne, dziękuję, czy są kraje, których nie obejmuje? nie ma? a to dobrze, to poproszę, tak, wyrażam zgodę, tak, adres korespondencyjny się zgadza, ale kiedy dojdzie polisa? do sześciu dni? ale pewnie roboczych? aha, no dobrze, jak maksymalnie, to dobrze, bardzo dziękuję, bo ja, proszę pani, wyjeżdżam w przyszły piątek. Ryż gotuje się wartko, zbyt wartko może, biorąc pod uwagę jego bliskość od słuchawki. Pani czyta mi oświadczenia jak Uzi i mimo że wiem, że to właśnie teraz powinnam się szczególnie skupić, zaczynam myśleć, że muszę potwierdzić jeszcze dwa noclegi, spakować zielone buty do torby na weekend i długą kwieciatą spódnicę oraz kłódkę do plecaka. Nie mam pojęcia, jak się spakować na 2 tygodnie do bagażu podręcznego i nie wiem, kiedy to logistycznie opanuję, ale zdaję się na swój podróżniczy fart, za sprawą którego wszystko się jakoś zawsze samo rozwiązuje. 9 dni to masa czasu. 10 kilo to masa bagażu. 2 tygodnie to masa wolnego. I na tym się należy koncentrować.

21:11, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 kwietnia 2013

Kiedy można mieć pewność, że prowadzone porządki są doprawdy gruntowne?

Kiedy w kieszonce torebki znajduje się dwa bladoróżowe bilety, na których widnieje napis "London Underground - 03 MCH 12 - East Acton - Gatwick Airport".

Kiedy wygrzebuje się z dna szafy sweter, na którym jakimś cudem ostała się kudła psa, który zdechł tuż przed Bożym Narodzeniem 2011.

Kiedy pada się już na twarz, ale nie bardzo można sobie odpuścić, bo łóżko co do cala zaścielone jest nieposkładanymi ciuchami.

Kiedy odkrywa się, że gdzieś tam, pod górą o niesprecyzowanej kompozycji, w gruncie rzeczy znajduje się fotel, a co więcej fotel jest koloru zielonego.

16:41, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 kwietnia 2013

Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja. Jest piątkowy wieczór. Tuż przed 20 doczołguję się do domu. Zaliczyłam dziś dwie kontrole biletów, dwukrotnie przeżyłam chwilowe zatrzymanie akcji serca: czy aby przedłużyłam miesięczny? Przedłużyłam. Nieustające od dłuższego już czasu wyprucie z resztek sił fizycznych ma to do siebie, że mózg coraz częściej odmawia mi posłuszeństwa, co zapewne związane jest z wykorzystywaniem całego swojego potencjału intelektualnego w szklanej konstrukcji zwanej biurowcem (a umówmy się, aż tak wielki to ten potencjał nie jest). Chyba nie do końca o to chodziło w wizji szklanych domów, a jeśli o to, to ewidentnie nie uwzględniono takich kwestii, jak dla przykładu niewystarczająca liczba otwierających się okien. I wykładzina. No ale mniejsza o to.

Wczoraj o poranku miałam jeszcze wielką ochotę wybrać się pod wieczór do Starego na Poczet królów polskich, miało być watch&talk, miały być bilety za 15 złotych polskich nowych, ale kiedy nastał zmierzch wybrałam nie Scenę Kameralną, a pakowanie wraz z moimi znajomymi z widzenia dresami, co stało się przyczynkiem do intensywnej acz krótkotrwałej zadumy, jak krótka droga wiedzie od kulturalnych zamiłowań do pierwotnego umiłowania siły stricte fizycznej. Droga była krótka i najwyraźniej została przeze mnie przebyta. Mam nadzieję, że nie jest jednokierunkowa.

Podobnie dziś o poranku miałam jeszcze plan wyjścia do kina do pracy, ale plus-minus od 14 z każdą godziną coraz bardziej kusząca wydawała się wizja kanapek z ricottą i agrestowym dżemem skonsumowanych przed trzynastocalowym ekranem laptopa. Czy on jest trzynasto- czy trzydziestocalowy nie robi mi już w piątkowy wieczór większej różnicy, bo i tak widzę niewiele, a to, co widzę, jest raczej mgliste. Na to też należy zrzucić wszelkie dostrzeżone w powyższym tekście błędy, gdyż jego autorka, zamiast cofnąć się do pierwszego wersu i zrobić (auto)korektę, klika "Publikuj wpis" i włącza kolejny odcinek serialu.

Miłego weekendu!

20:14, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 kwietnia 2013

Wyszłam do pracy w grudniowy mróz, wróciłam z pierwszymi roztopami, a następnie pojechałam nocnym pociągiem do przedwiośnia. Słońce, które widzi się pierwszy raz od tygodni, najpierw oślepia, a potem ogłupia. Szczególnie przez szybę w kawiarni, gdzie na każdym stoliku spoczywa popielniczka i mruga zalotnie odblaskami promieni. Luksus już dawno u nas zapomniany. Nic nie robi w poranek po ciężkiej nocy tak dobrze, jak mocna kawa i papieros. Zmysły budzą się niespiesznie. Na zewnątrz jest zimno, ale pięknie. Idziemy w dół ulicą Vinohradską, mijamy Národní muzeum, błądzimy chwilę nieznanymi uliczkami, zadzieramy głowy w górę, by przyjrzeć się fasadom, naciskamy spusty migawek, co rusz pokazujemy coś sobie nawzajem palcem jak dzieci. Václavské náměstí są jeszcze pustawe. Przechodzimy między wielkanocnymi straganami.

Jesteśmy nieustannie na lekkim rauszu. Po trosze od piwa, po trosze od poczucia swobody, które generuje w nadmiarze endorfiny.

- Puszczę jakąś muzykę, może, co? Czego chcecie posłuchać?
- A, zdamy się na ciebie. Ostatnio jak tu byłam, puszczałeś nam The Prostitutes i wyjechałam uzależniona. Zaskocz nas.
- The Prostitutes? Idę w środę na ich koncert.
- W środę? Nawet nie żartuj, bo wezmę dwa dni wolnego w pracy i zostanę u ciebie dłużej!
- W środę, w środę, tu macie ulotkę. Grają w Acropolis, po drugiej stronie placu. Ale czekajcie, ja teraz uczę managera zespołu, napiszę do niego.

Siedzę lekko rozgoryczona, nie mogę przeboleć faktu, że koncert przejdzie mi koło nosa, kiedy dzwoni telefon.

- No, właśnie o tobie rozmawialiśmy. (---) Dziś? O której? (---) A możesz dopisać do listy gości jeszcze dwie dziewczyny z Polski? (---) Świetnie. Za kwadrans? - przytyka słuchawkę ręką - Dziewczyny, chcecie iść? Wyrobicie się w piętnaście minut?

Dwie zmęczone główki kiwają energicznie: góra-dół-góra-dół-góra i łapią ciuchy na przebranie.

Poprawiamy makijaż, z trudem usiłujemy ukryć ekscytację. Ubieramy płaszcze, zawijamy się szalami, wychylamy po pięćdziesiątce Żubrówki na rozgrzewkę i wychodzimy. Pod kamienicą stoi już samochód. Za kierownicą wokalista zespołu. Koncert jest w Kladnie, jakieś 30 kilometrów od Pragi.

- Dziewczyny, chcecie być moją próbną publicznością? Skończyłem właśnie pierwszą solową płytę, to wszystko jeszcze nie jest wyedytowane, ale mam nagrania na telefonie. Mogę wam puścić?

Dwie zmęczone główki patrzą po sobie z niedowierzaniem, zęby same się wyszczerzają i następuje ponowne energiczne potakiwanie.

- Gdzie dokładnie jest ten koncert?
- Bar nazywa się Poldofka.
- Wiesz, gdzie to jest?
- Nie, ale Kladno nie jest przecież duże, jakoś znajdziemy.

Jeździmy w kółko. A może tam i z powrotem. Wreszcie pytamy o drogę. Kladno okazało się większe, niż przypuszczaliśmy. Wchodzimy do lokalu, schodzimy w dół po schodach.

- Jsem zpěvák.

Panów z ochrony zupełnie to nie wzrusza, zachowują kamienne twarze i pytają o bilety. Wokalista dzwoni po managera, który jest już w środku. Toczą się pertraktacje. W międzyczasie wychodzimy na górę coś zjeść. Testujemy kolejne rodzaje piwa. Kiedy support kończy występ, schodzimy z powrotem na dół, już z magicznymi opaskami na przegubach. Panowie przygotowują sprzęt, a my zamawiamy kolejne piwo i schodzimy pod scenę. Zaczynają grać, a na pierwszy dźwięk gitary przez mój kręgosłup przebiega dreszcz. Stoję, nie wierzę, nie rozumiem. Słucham, gapię się jak nastoletnia psychofanka i w momencie, kiedy jestem bliska faustowskiego "chwilo, trwaj", do mojej ręki wędruje podłużne białe zawiniątko. Zaciągam się, trzymam dym w płucach, a po chwili wypuszczam go razem z całym tym ciężarem, który gromadził się od stycznia, ze stresem nadgodzin i niedotrzymanych terminów, z niewyspaniem, z trwającą od pół roku zimą. Powtarzam to samo jeszcze kilka razy, oddaję zawiniątko, opieram się o ścianę i zostaję z jedną, jedyną myślą w głowie: jak to dobrze, że tu przyjechałam.