Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
czwartek, 30 maja 2013

Kiedy wychodzę rano z domu, oblepia mnie dziwna cisza. Cisza, jakiej tutaj nie spotyka się zwykle nawet w środku nocy. Miasto jest wyludnione. Ciężkie, czarne chmury wiszą nisko, nie przepuszczają słońca. Jadę pustymi ulicami, a kiedy wysiadam pod mrówkowcami ze stali i szkła, zaczyna padać deszcz. Kto codziennie przebija się o poranku przez Kraków, ten wie, jak surrealistyczny to obraz: bezludna metropolia. Tak właśnie wyobrażam sobie koniec świata: że wszyscy zdążą pochować się w domach, sklepy będą pozamykane, a ja, jak ten ostatni frajer, nie obejrzę odpowiedniego serwisu informacyjnego dzień wcześniej i pójdę jak gdyby nigdy nic napieprzać cyferki.

23:43, home-made-london-fog
Link Komentarze (4) »
środa, 29 maja 2013

Muzyka na full, kupiłam wreszcie lampki do roweru, po tym jak w ubiegłym sezonie przednia została skradziona, a tylko zbita dla rozrywki, więc montuję, jak prawdziwy polski spec: w klapeczkach, rozciągniętym podkoszulku i z petem zwisającym w rogu ust. Uosobienie kobiecości i seksapilu. Montuję, przeklinam pod nosem, zmieniam śrubokręty. Rzecz jasna nabyłam o dwie baterie AAA za mało, więc jutro będę miała tylko światło przednie. Do tylnego zainstalowałam natomiast dwie baterie zużyte, na wypadek ewentualnych inwestygacji, jak to się porusza kobieta po drogach użytku publicznego z niesprawnym oświetleniem pojazdu jednośladowego.

Tym, którzy mają długi weekend, życzę obfitych opadów deszczu, z wyłączeniem przedziału czasowego od 8:00 do 8:30 oraz 17:00 do 17:30, co by uciemiężeni mogli w suchości dotrzeć do miejsc udręki.

 

P.S. Gdyby ktoś miał motywacji na zbyciu, to proszę o kontakt na priv.

20:10, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 maja 2013

Otóż niech ta pogoda ulegnie poprawie, ja wnoszę. Narzekałam na 10 stopni w czerwcu w Londynie, ale z perspektywy aktualnych okoliczności przyrody stwierdzam, że już chyba lepiej mi robiła pogoda spod znaku constans, bo przynajmniej się człowiek był przyzwyczaił i nie było mu wiecznie zimno. Stany depresyjne natomiast były zbliżone oraz potęgowane jeszcze okolicznościami wiadomymi, w związku z czym sama już nie wiem, co gorsze. Reasumując: bardzo jest średnio.

Na aurę zrzucam całą tę beznadzieję, niemoc oraz rozmemłanie, bo minęło mi chwilowo jakże użyteczne wytłumaczenie hormonalne. Chodzę i ziewam i marudzę i wkurzam ludzi oraz ludzie wkurzają mnie. Wreszcie jakaś długotrwała relacja z wzajemnością, bo już niemal zaczynało mi brakować.

A ponadto cni mi się nie za tymi, co mi się powinno. Ale to też niewątpliwie wina niskiego ciśnienia.

 


--- update ---

Dzwoni H. i też narzeka na pogodę. Pytam, ile mają stopni, ale słyszę tylko, że jest very, very cold. Sprawdzam. O godzinie 22:30 czasu lokalnego stopni Celsjusza 18. To chyba tyle, co u mnie w mieszkaniu. O ile. Cholerny relatywizm.

20:52, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 maja 2013

Siedzę i zastanawiam się, jak nisko trzeba upaść, by przypominać sobie o krwiodawstwie dopiero, kiedy desperacko potrzebuje się dnia wolnego, a sępi się urlopu. Chyba dosyć nisko.

Otóż muszę wyznać, że ja upadłam jeszcze niżej, po północy przetrząsając lodówkę w poszukiwaniu buraczków z lidla, a następnie konsumując wyżej wymienione, z trudem hamując naturalny odruch przewodu pokarmowego, który przy drugim buraczku mówi "nie", przy trzecim "no chyba ty", przy czwartym "na mózg upadłaś?!", a przy piątym już tylko spogląda z politowaniem nic nie mówiąc, ten przewód. Buraczki to żelazo, żelazo to hemoglobina, dużo buraczków to dużo hemoglobiny, a dużo hemoglobiny to duża szansa na dzień wolny.

Egzystencjalizm w XXI-wiecznym wydaniu, czyli TYLE roboty i tak mało urlopu wypoczynkowego.

 

01:01, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 maja 2013

Niedzielny wieczór. Zgodnie z piątkowym planem, weekend ten był wyjątkowo bezowocny. Przebrnęłam natomiast przez środkowowschodnie obrazki, wyrzuciłam jakieś 30%. Na Budapeszt oraz wielkanocną Pragę brakło sił. Na pisanie też.

Stan duszy mej nadal określam jako nie najlepszy. Z duszą powiązały się z kolei żołądek i klatka piersiowa, węzełki, które się na urlopie pozawiązywały, nie chcą poluzować. Już drugi tydzień. Jeszcze nie ustaliłam sobie w głowie terminu, po którym powinnam zacząć się tymi somatycznymi symptomami martwić. Poza tym skoro domyślam się ich psychicznego podłoża, to co mi internista pomoże?

Natomiast w radiu puścili mi dziś taki kawałek, średni zresztą moim zdaniem, co to mówi, że zanim się wyjedzie w długą podróż, należy zabrać ze sobą chęć, by więcej nie wracać. Ja się pytam: co jak się tej chęci nie zabrało, ale się ją w czasie podróży wykształciło? No co?

21:37, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2