Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
wtorek, 26 czerwca 2012

Korzystając z krótkotrwałej poprawy pogody (dla uściślenia należy dodać, że oznacza to 18-20 stopni oraz zachmurzone przez większą część dnia niebo) oraz faktu, że był to nasz ostatni weekend na Wyspach, wybraliśmy się do Kent - położonego najbliżej kontynentalnej Europy hrabstwa. Postanowiliśmy maksymalnie wykorzystać dzień z dala od londyńskiego zgiełku i wyznaczyliśmy sobie trzy orientacyjne punkty: Rochester, Margate i Broadstairs, ten pierwszy pozostawiając na wieczorny spacer.

Kiedy dotarliśmy  do Margate, będącego wiodącym brytyjskim resortem nadmorskim od ponad 250 lat, zaraz po wyjściu ze stacji między budynkami dostrzegliśmy błękitno-lazurową taflę, za sprawą której nasz plan, by najpierw zwiedzić centrum, uległ zmianie. Skierowaliśmy nasze kroki prosto na plażę, sobotnim rankiem prawie zupełnie pustą.

Doubieraliśmy się, zjedliśmy śniadaniowe, nasączone olejem frytki i ruszyliśmy w drogę. Margate okazało się uroczym - w pozytywnym znaczeniu tego słowa - miasteczkiem. Wiele sklepów przy promenadzie niestety świeci pustkami i widać, że lata świetności kurortu już minęły, nie ujmuje to jednak czaru autentycznemu stylowi lat 50.: kolorowe witryny, kuszące sklepiki ze słodyczami, niewielkie puby, miniaturowe antykwariaty zachęcają, by zatrzymać się na dłużej.

Od Margate do Broadstairs wyznaczyliśmy 11-kilometrową trasę wybrzeżem.  Zdecydowanie było warto. Na tym stosunkowo krótkim odcinku znajduje się osiem zatok. Promenada ciągnie się przez większą część nadbrzeża, dzięki której nasz spacer był w ogóle możliwy przy takim przypływie, jak sobotni.

Zaraz za Margate natknęliśmy się na ślady obecności mieszkańców Śląska i Lublina.

Po drodze można też napotkać przyjazną naturze i niezwykle stylową architekturę [vide: zdjęcia poniżej], altany, pozwalające schronić się przed deszczem i wiatrem podczas rozkoszowania się widokiem wybrzeża, niekiedy przypominające przystanki autobusowe, domki na sprzęt surfingowy, wiaderka, łopatki, wędki oraz co tam kto sobie wymyśli, a także ławki. Dziesiątki ławek, ufundowanych przez rodziny lub przyjaciół mieszkańców nadmorskich miejscowości. Bo w Kent fundowanie ławek na promenadzie jest tradycją, tak jak u nas tradycją niegdyś było fundowanie ławek w kościołach.

Są też miejsca, gdzie niegdyś były mosty, ale niewiele po nich zostało, białe klify i zamek w Kingsgate na skraju jednego z nich.

A na końcu trasy Viking Bay w Broadstairs wynagradza wszelkie trudy czarującym widokiem, pysznym cappuccino i nie do końca schłodzonym Guinessem prosto z puszki.

Ale że nasza wyprawa nie była taka zupełnie łatwa i przyjemna, przypominają znaki. Bo klify i ich sąsiedztwo mają to do siebie, że są ryzykowne. Ryzykuje się oberwanie fragmentem skały wapiennej, ryzykuje się odcięcie przez przypływ jeśli chce się pokonać pewne fragmenty trasy plażą, ryzykuje się wreszcie osunięcie się klifu. Na szczęście żadne z powyższych w sobotę nie zaistniało.

Dzięki temu w drodze powrotnej przespacerowaliśmy się przez śliczne Rochester, a następnie z nieukrywanym smutkiem wróciliśmy do Londynu i od niedzieli powoli się pakujemy. Licznik pokazuje dziś cyfrę 5.



00:19, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Pierwszy dzień lata (w Londynie, oczywiście, pochmurny, zimny i deszczowy) uznałam za dobry termin na go live! projektu, nad którym pracowałam od jakiegoś czasu, a mianowicie mojej strony. To pierwsze miejsce, które połączy moje krótsze i dłuższe podróże oraz fotografię. Co prawda brakuje jeszcze tekstów, ale są już zdjęcia, a przynajmniej ich zdecydowana większość.

Za ilustracje w nagłówku odpowiedzialny jest - rzecz jasna - Mario, któremu raz jeszcze dziękuję!

 

 

P.S. Na liczniku dzisiaj numerek 9!

17:05, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 czerwca 2012

Tak, wszystko płynie, ze skomplikowanych obliczeń wynika, iż zostało nam 15 i pół dnia do wyprowadzki z Londynu. W związku z tym, że z różnych przyczyn musieliśmy tutaj skompletować nasze wyposażenie, to zapewne czas, by rozpocząć planowanie, ile paczek do kraju trzeba będzie wysłać. Bo że trzeba będzie wysłać, nie mam wątpliwości. O ile z zastawą stołową, lampą i suszarką na pranie pożegnamy się bez żalu, o tyle narzuta, zasłony, kołdrę king size, tasak (sic!) i parę innych drobiazgów miło byłoby nie porzucać. Ale - jak wszyscy wiedzą - pakowanie nie należy do moich ulubionych czynności, w związku z czym odsuwam je w czasie. Czas ten wypełniam martwieniem się o to, jak się spakujemy, skąd weźmiemy kartony i jak tę wyprowadzkę logistycznie ogarnąć. Rozwiązanie zapewne dalekie od idealnego, ale przynajmniej chroni mnie przed załamaniem nerwowym na jeszcze kilka dni.

A z nieco głębszych przemyśleń pseudofilozoficznych: odkryłam z przerażeniem, że wraz z nieuchronnym upływem czasu spadają moje standardy - otóż to, co jeszcze nie tak dawno uznałabym za grubiańskie, obecnie stanowi boost dla mojego ego. Wczoraj w drodze ze sklepu, odziana w leginsy, adidasy i sportową bluzę z Primarku (to ostatnie jest o tyle istotne, że gdyby była to bluza od Diora albo Prady, co następuje dałoby się łatwiej wytłumaczyć), z włosem rozwianym porywistym wiatrem (ale nie w manierze z kabrioletu, z elegancką apaszką i okularami słonecznymi, a raczej z cyklu "mam włosy w buzi i nic nie widzę") od dwóch niezależnych od siebie młodych i przystojnych mężczyzn (co do jednego i drugiego zwykle nie mam szczęścia - przekonałam się już w wieku lat 17 na Majorce, kiedy w towarzystwie mojej mamy uderzał do mnie pan, który mógłby być moim ojcem) usłyszałam seksistowskie docinki, że fiu fiu, hey gorgeous i woohoo - a co najgorsze nie tylko nie zacisnęła mi się pięść, ani też nie zapaliła czerwona lampka, żeby odpyskować. Starzeję się, jak nic!



15:11, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 czerwca 2012

Dzisiaj nasze uzależnienie od kulinarnych reality shows zyskało wreszcie godną szefa kuchni reprezentację. Mario zrealizował w końcu plan, zainspirowany jednym z odcinków australijskiego MasterChef, na Sticky Date Pudding, czyli pudding daktylowy z sosem butterscotch i migdałową praliną.

Kuchnia najwyższych lotów. Oto, do czego zdolny jest mężczyzna, który chce się wykazać, gdy rzuci mu się ambitne wyzwanie.

                    

 

22:28, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 czerwca 2012

Z okazji Dnia Dziecka postanowiłam w końcu wykorzystać swój voucher do spa, który to dostałam od mojego chłopca parę miesięcy temu na rocznice związku. Tak po prawdzie, to zmobilizowało mnie głównie to, ze voucher za 10 dni tracił ważność (tak, prokrastynacja może odnosić się także do potencjalnych przyjemności).

Zaraz po tym, jak dostałam ten dosyć ekstrawagancki i nie tani prezent postanowiłam - korzystając z pomocy google - dowiedzieć się więcej na temat "najstarszego spa w Londynie". Ku mojemu przerażeniu, recenzje nie były zbyt pochlebne, a powtarzające się głosy dotyczyły... karaluchów. Nie ukrywam, ze był to jeden z podświadomych powodów zwlekania z wizytą. Ale nic to, vouchery nie podlegają zwrotom, zadowoleni użytkownicy zwykle nie piszą internetowych recenzji, a 80 funtów piechotą nie chodzi (szczególnie przy obecnym kursie).

Po porannych przejściach z transportem publicznym (metro, które nagle zmienia trasę, inna linia, która zostaje zawieszona kiedy planowałam z niej skorzystać i nieczynne przystanki autobusowe, które ostatecznie skłoniły mnie do skorzystania z najpewniejszego ze środków transportu: piechoty) dotarłam na miejsce, spóźniona 20 minut. Recepcjonistka przekazała mnie w ręce pani oprowadzającej o indyjskim akcencie i takiej tez aparycji, mruczącej cos pod nosem, a raczej wąsem... Ta zaleciła mi się przebrać, to znaczy rozebrać w przebieralni, ale z racji, ze jestem pruderyjna, zignorowałam jej sugestie, założyłam swój strój kąpielowy i opatuliłam się ręcznikiem - jak się szybko przekonałam, słusznie, bo o ile topless to standard, o tyle nagość ogranicza się raczej do pokoi zabiegowych.

Na pierwszy ogień: peeling. Body scrub to trochę jak myjnia samochodowa. Wyobrażam sobie, że mniej więcej tak traktuje się ciała nieboszczyków: one leżą nagie na marmurowym stole, a ktoś najpierw je szoruje, a potem spłukuje szlaufem.

Następnie masaż. Część pakietu, na która cieszyłam się najbardziej. Do czasu, kiedy się zaczęła. Przez jakieś pól godziny trwania masażu, mój ból był zasadniczo nieprzerwany, z czego można wywnioskować, że masaż był klasyczny, a nie relaksacyjny, a pani wiedziała, co robi. Co do ostatniego zaczęłam nabierać podejrzeń dopiero wieczorem, kiedy z trudem się prostowałam.

Potem manikiur i lunch. Ten drugi element przeniósł mnie myślami do Dąbek: laminowane, lepkie i raczej ograniczone menu, plastikowa szklanka na oszukany sok melonowy i sałatka z... łososiem z puszki.

Przy tym wszystkim spa było prawie puste i słychać było głównie pracowników komunikujących się przez krótkofalówki. Tak, krótkofalówki – must-have każdego spa, który, jak wiadomo, zwiększa szanse na głęboki relaks.

Po zakończeniu mojego pampering package, czyli pakietu rozpieszczającego, zostałam pozostawiona sama sobie. Skwapliwie wykorzystałam to na wycieczkę po saunach. Począwszy na łaźni rzymskiej, wypełnionej parą gęstszą, niż londyńska mgła (ograniczona widoczność wyjaśniałaby powszechność starożytnych praktyk, niekoniecznie związanych z utrzymywaniem higieny osobistej), przez hot rooms, złożone z tepidarium i caldarium o rosnącej temperaturze, skończywszy na saunie fińskiej. Obezwładniające gorąco i panująca tam cisza pozwoliły mi się w końcu trochę odprężyć.

Mimo wszystkich okoliczności towarzyszących, wróciłam do domu pachnąca, nawilżona, och, ach. Voucher zatem spełnił swoja funkcje przywrócenia mnie do stanu używalności bez mojego bezpośredniego wysiłku. Wniosek dla męskiej części czytelniczego grona: tak, kupujcie bony do spa dla swoich kobiet, będziecie zadowoleni z efektów. Rada dla pań: pójdźcie za moim przykładem i poproście o prezent, na który nie składają się fizyczny bol i towarzystwo nagich kobiet w średnim wieku. Chyba ze akurat to lubicie najbardziej - de gustibus non est disputandum ;-) A do sauny i na masaż wybierzcie się bez okazji.

 

P.S. Baby, whatever google translate tells you, it probably lies. Thank you once more for the gift ;-) ;*



18:25, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »