Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

Bilety zarezerwowane, nowy przewodnik powinien potrzeć na dniach, trwają poszukiwania namiotu. Tak się wypiera czternaście stopni za oknem w dniu 30 czerwca. Mija dokładnie rok od mojego przyjazdu do Krakowa. Na wakacje. Trochę się przeciągnęło. Trudno mi uwierzyć, że aż tyle i nie wiem, gdzie podziało się te 365 dni. Ale to dobrze, że gdzieś się podziały. Wydaje mi się czasem, że nic się nie dzieje, ale potem zaczynam w myślach wyliczać: Stavanger, Berlin, koniec studiów, Cottbus, Pruszków, Paryż, nowa praca, Bruksela, Praga, kilka nowych znajomości, Budapeszt, szkoła fotografii, Izrael i Palestyna, kurs norweskiego. Tak w moim wydaniu wyglądają nuda i stagnacja.

22:03, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dwa tygodnie temu na spotkaniu zespołu pokazano nam film. Filmik raczej. Filmik motywacyjny,  który być może by mnie rozczulił, gdybym obejrzała go późną nocą na imprezie albo po maratonie z komediami romantycznymi i butelką wina. O godzinie 14 w piątkowe popołudnie, kiedy niebo za oknem było bezchmurne a termometry w Krakowie pokazywały ponad 30 stopni w cieniu, ja zaś siedziałam zawinięta w szal w klimatyzowanej sali konferencyjnej, byłam raczej daleka od odkrywania nowych złoży motywacji. A potem minął tydzień, nastał weekend, wystąpił reset i doznałam iluminacji, za sprawą której zapisałam się na intensywny kurs norweskiego. Do wypłaty będę żyła na 12 złotych.

22:24, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 czerwca 2013

Od lektury Cudownych dzieci podążają za mną zapach i smak brązowego sera. Ma to bezpośrednie przełożenie na coraz intensywniejsze przyglądanie się połączeniom przewoźników na "W" oraz na "R" w kierunku na N. W sensie róży wiatrów, i w kontekście mapy geopolitycznej Europy.

sobota, 08 czerwca 2013

Kiedy wiesz, że wewnętrzny korektor zdominował na wskroś i bezpowrotnie centralną część twojego ośrodkowego układu nerwowego?

Kiedy w wiadomości "koham cie" bardziej martwi cię ortografia, niż potencjalne konsekwencje komunikatu.

21:12, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 czerwca 2013

Rzeczy istotne są trzy.

1. Szopka Zośki Papużanki, nad którą się już kiedyś rozwodziłam przy okazji jej Trójkowej adaptacji, przeczytana kilka miesięcy temu, odłożona na regał i tam też pozostawiona, choć zasługuje na dwa słowa. Czytając co prawda nie byłam w stanie pozbyć się z głowy głosu Gorodeckajej, ale to akurat nie wada, a zaleta. Książka przegadana, dobra do tramwaju i do poduszki, nieprzeintelektualizowana, ale za to bardzo prawdziwa. Papużanka bawi się słowem, ma w tym niezwykłą łatwość, nie przytłacza stylem treści. Ironia i groteska służą jej jednak do opisu traum pozornie normalnego dzieciństwa przeżytego w przeciętnym domu. Osobiście przeraziłam się kilkakrotnie, w których miejscach chciałam wykrzyknąć: "no tak! dokładnie!", bo choć opisywana rodzina nie boryka się z pozoru z żadnymi poważnymi problemami, to teatralność panujących w niej relacji, bierność wobec rzeczy wymagających zmian, małostkowość tego świata są perwersyjne. Nie polecam do autoterapii, ale już do spojrzenia z zewnątrz, nabrania dystansu - owszem. Dużo tu jest ładnie zarysowanego rodzimego tła, dużo uniwersalnych obrazków. Zdecydowanie jednym z największych atutów tej powieści jest jej język - giętki, sprężysty, barwny, płynnie przechodzący od żartobliwego w gorzki i od naiwnego w ironiczny. Z perspektywy narratorskiej są tu tematy ograne: żona choleryczka i jej uległy mąż, mała dziewczynka, która poczuwa się do odpowiedzialności za całą rodzinę, syn-pasożyt, Papużanka nie odkrywa więc Ameryki, ale sposób, w jaki te kwestie aranżuje, sprawia, że to pozycja, po którą zdecydowanie warto sięgnąć.

2. Justyna Bargielska i jej Małe lisy. Po tym, jak redaktor Nogaś nad nimi piał w pewien piątkowy poranek, pobiegłam od razu do empiku, ale rzecz jeszcze do nich nie dotarła (wówczas to nabyłam rzeczoną Szopkę, co też mi na złe nie wyszło). Kiedy jednak kilka dni później książka trafiła w moje ręce, została pochłonięta na raz (co z kolei zawsze każe mi myśleć, że inwestycja była trochę nijaka, bo na krótko). Pochłonięta to słowo, które dobrze oddaje sposób, w jaki się do tej prozy zabrałam. Apetyt rośnie tu w miarę jedzenia, więc jak dotarłam do końca, to o mało nie zaczęłam od początku, ale na szczęście przypomniałam sobie, że w pewnym miesięczniku widziałam jakieś Bargielskiej opowiadanie, więc sięgnęłam po nie, by wyrwać się z zaczarowanego kręgu lektury zapętlonej.
A miałyście kiedyś, dziewczynki, romans z gangsterem z lasu?
A ja, dziewczynki, miałam.
Wracając do tematu: książka to jest niby o codzienności, jest wygadana matka, jest singielka, jest pan z psem, ale - jako się rzekło - niby. Bo wszystko to, co się skrywa pod płaszczykiem zwyczajności, jest w istocie rzeczywistością zakrzywioną i surrealistyczną, i kto wie, gdzie kończy się jawa, a zaczyna sen? Ale żeby zrobić Wam smak, to proszę, o, dwa kawałeczki absurdu na zachętę:

Niektóre kobiety uważają, że gdy stracą na atrakcyjności, przyjdzie czas na obserwację i wnioski, którymi będą mogły zainteresować tych, dla których do niedawna były atrakcyjne osobiście. I nagle ten moment w czasie, i od teraz niby te wnioski będą, i obserwacje. Weźcie, dziewczynki, czy takie podejście nie urąga człowieczeństwu? Pajda mnie posuwał i słuchał, i słuchał, i posuwał - i jakoś sobie z tym radził. Miał taki sznyt, że nie mówił, co sam myśli, albo bardzo rzadko, ale wydaje mi się, że gdyby chciał wykonać ten potrójny tulup - posunąć, powiedzieć, posłuchać - poszłoby mu gładko, pięć kropka osiem w zakresie not za artyzm i za technikę tak samo lub w granicach.
(...)
W lesie dałam dzieciom drugie, jeszcze bardziej magiczne pigułki, od których miało im być cieplej. Zjedli, zawsze jedli to, co im dawałam. Odczekałam chwilę i zdjęłam im kurtki, żeby szybciej poszło. Rozłożyłam swój jesienny płaszcz, pigułki zaczynały działać, ułożyłam ich na płaszczu. Mój mąż zawsze się złościł, kiedy wracał do domu późno, a my spaliśmy we trójkę w naszym małżeńskim łóżku, z niepomytymi na wszelki wypadek, żeby zachować pozór przypadkowego zaśnięcia, zębami. Małżeńskie łóżko było małżeńskie, dzieci mają swoje łóżka, złościł się mój mąż. Zasypiałam już powolutku i pomyślałam, jak bardzo będzie się złościł teraz. A to ci!, powie mój mąż.

3. Cudowne dzieci Roya Jacobsena to w tym wypadku last but not least. Norweski prozaik, nie bardzo w Polsce znany, bo też do niedawna w ogóle nieobecny na naszym rynku wydawniczym, prezentuje nam wycinek norweskiej rzeczywistości lat 60. Rzeczywistości bardzo różnej od tej, jaka kojarzy się z Norwegią obecnie. Niedostatek odgrywa w tej historii istotną rolę. Narratorem książki jest dziesięcioletni Finn i to dzięki jego obserwacjom książka staje się genialna. Niewielu rzeczy dowiadujemy się wprost, ale warto zajrzeć między wiersze, bo można tam znaleźć istotne problemy, takie jak rozpad rodziny, przemoc domowa, czy niechlubna przeszłość Norwegii związana z traktowaniem osób niepełnosprawnych umysłowo. Widzimy też emocjonalną dojrzałość dzieci i ich intuicyjną mądrość w ocenie spraw, z którymi nierzadko nie radzą sobie dorośli. Aha, no i oczywiście wydanie: pożółkły papier, gruba warstwa kleju na grzbiecie, jakby ktoś oderwał oprawę i pierwszy rozdział, rozpoczynający się już na okładce. Świetny pomysł, bardzo klimatyczny, a przy tym połączony z poprawnym, wygodnym w lekturze składem - no ale to tylko wartości dodane.

Trzy razy tak. Nie mylić z referendum ludowym z 1946.

Tagi: książki
22:39, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2