Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012

Kraków po wczorajszej burzy.

12:47, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lipca 2012

Przeczytałam ostatnio artykuł Julii Krysztofiak-Szopy 5 powodów, dla których warto iść na studia - jeden z wielu głosów w toczącej się od dłuższego już czasu debacie na temat szkolnictwa wyższego. Zabrałam się za niego właściwie tylko dlatego, że niektórzy z moich znajomych piali z zachwytu, jaka to trafna i przemyślana opinia.

Pokrótce, autorka jest zdania, że na studia iść warto. I pozornie wszystkie podawane przez nią argumenty, które mają tę tezę podeprzeć, wydają się słuszne. Pisze, że studia uczą, jak się uczyć, dostarczają stymulujące otoczenie, rozwijają społecznie, legitymizują w świetle przepisów. Wszystko to jest jak najbardziej zgodne z prawdą. Absolutnie absurdalny natomiast wydaje się punkt wyjścia całego artykułu. Krysztofiak-Szopa uważa bowiem, iż studia nie uczą zawodu, a co więcej - nie to powinno być ich celem. Czytam i nie wierzę. Jakie jest jej rozumowanie? Otóż rynek pracy zmienia się szybko, a treść studiów nie determinuje tego, jaki zawód jest się w stanie wykonywać. No i racja, nie determinuje. Można śmiało skończyć weterynarię, a po studiach otworzyć bar. Ale czy jest to tożsame z tym, że rozwój społeczny i budowanie sieci kontaktów mają być jedynymi celami studiowania? Jeśli tak, to dlaczego nie pisze się o tym w prospektach i ulotkach, które mają dla uczelni pozyskiwać nowych studentów? Nie przypominam sobie, bym pięć lat temu, decydując o wyborze kierunku, natknęła się gdzieś na informacje, że zamiast praktycznej wiedzy wyniosę z uczelni rozwój emocjonalny i poznam ludzi, którzy być może kiedyś będą na tyle wpływowi, by pomóc mi zrealizować moje cele (choć nie wykluczam, że zawodzi mnie pamięć, albo nie doczytałam małego druczku). Jakimś sposobem to, co winno być wartością naddaną, uznaje się za podstawową.

I może by mnie ten absurdalny artykuł w ogóle nie wzburzył, gdybym nie miała żadnego porównania i wierzyła, że widocznie na całym świecie jest tak samo. Ale nie. Widzę swoich znajomych, którzy kończą właśnie studia w Niemczech, Holandii, Belgii czy Wielkiej Brytanii. Tak samo emocjonalnie rozwinięci, jak ja tutaj. Różnica jest taka, że oni oprócz korzyści społecznych i dyplomu dysponują zebranymi z pięciu lat projektami, wykonanymi na uczelni, które są poświadczeniem ich praktycznych umiejętności. Ja po trzech latach na dziennikarstwie i pięciu na polonistyce, nie wiedzieć czemu, nie wyniosłam z uczelni właściwie żadnych materiałów, które mogłabym prezentować swoim potencjalnym pracodawcom. Nie oznacza to oczywiście, że przychodzę na rozmowy kwalifikacyjne z pustymi rękami, a jedynie że uczelnia nie wyposażyła mnie w świadectwo moich kompetencji (poza suplementami do dyplomów). Podczas gdy staże moich znajomych trwały po kilka miesięcy, zazwyczaj bezpośrednio przed obroną prac dyplomowych, co oznacza również, że w miejscach, gdzie je odbywali, zawiązali znajomości i jest szansa, że po roku ktoś nadal będzie ich pamiętał, moje praktyki trwały cztery tygodnie po pierwszym roku. I można by wyliczać dalej.

Jeśli w tym momencie, kończąc studia, zorientowałabym się, że sytuacja na rynku się zmieniła i nie znajdę pracy w zawodzie, do którego przygotowały mnie studia, byłby to oczywiście mój problem. Moim problemem jest natomiast, że uczelnia nie przygotowała mnie do zawodu, który wybrałam, a większość umiejętności, którymi teraz dysponuje, nabyłam dopiero w pracy. A głosy, które utwierdzają, że jest to sytuacja nie tylko akceptowalna, ale wręcz naturalna, z pewnością nie wniosą wiele dobrego do debaty o szkolnictwie. Żadnego szczebla.



18:14, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2012

Przed wyjazdem do Norwegii wstąpiłam do Empiku, żeby zaopatrzyć się w jakąś lekką - zarówno tematycznie jak i wagowo - lekturę. Sekcja wydań kieszonkowych nie jest szczególnie zachęcająca, ale przebiegając po autorach i tytułach rzucił mi się w oczy Zafón.  Czytałam kiedyś Cień wiatru, więc zachęcona tym wspomnieniem, ceną i piórkową wagą ponad pięćsetstronicowego tomiszcza, udałam się do kasy.

Gra anioła, bo o niej mówię, jest jedną z tych książek, które pozwalają odciąć się zupełnie od otoczenia i przenieść w inną rzeczywistość, w tym wypadku Barcelony z początku XX wieku. Nie jest to jednak Barcelona znana z przewodników turystycznych. To miasto jest mroczne, pełne zaułków i podejrzanych miejsc. Tajemnicom towarzyszy zawsze mgła lub burzowe chmury, złowrogo zbierające się nad dachami kamienic. W to wszystko wpleciony jest charakterystyczny zapach starych, pełnych labiryntów i sekretnych przejść bibliotek, niemal namacalna szorstkość czerpanego papieru, błysk stalówek przy kreśleniu listów i stuk maszyny do pisania podczas tworzeniu manuskryptów.

I spotkałam się ostatnio z licznymi komentarzami niezwykle kulturalnych i oczytanych hipsterów  pod jakimś artykułem o literaturze na onecie czy wp, że Zafón to okropny, mainstreamowy chłam i książki jego niewarte są nie tylko czytania, ale nawet publikacji. Wszystko to oczywiście w zgodzie z panującą ostatnio tendencją, że dobre jest tylko to, co mało popularne - do czego wielu z komentujących niemal otwarcie się zresztą przyznawało. Może to i mainstream i może chwilami grafomański, ale ze środka zatłoczonego lotniska w Stavangerze w sekundę przeniósł mnie do Barcelony i trzy godziny czekania zamienił mi na kilka miesięcy, opisanych w niezwykły, obrazowy sposób na dwustu stronach, które błyskawicznie przemykały mi pod palcami, choć zadrukowane drobnym maczkiem. Pozwalam więc sobie na osobisty apel: oby więcej takiej tandety!



P.S. Już kupiłam trzecią część trylogii.

21:14, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012

Dwa słowa, które najlepiej opisują mój wypad do Norwegii, to "za krótko". Niemniej jednak te niecałe 4 dni pozwoliły mi nabrać trochę dystansu do problemów zostawionych w domu i stanąć na własnych nogach.

Stavanger to czwarte co do wielkości miasto w kraju, co w europejskich standardach oznacza stosunkowo niewielką mieścinę - jego powierzchnia to trochę więcej niż 1/5 Krakowa. Zwiedzanie nie pochłania specjalnie dużo czasu, szczególnie jeśli, podobnie jak ja, nie jest się miłośnikiem muzeów (a do wyboru są tutaj takie perełki, jak muzeum konserw czy ropy naftowej). Moim głównym celem były jednak wypady w teren.

W drugi dzień po przyjeździe poszłam na Kjerag (1110 m n.p.m.), z jego słynnym uskokiem z przepaścią o 984 metrach. Obok znajduje się Kjeragbolten, czyli głaz zaklinowany między dwoma skałami.

Wspinaczka należy do nie najłatwiejszych, ale zdecydowanie warto ze sobą powalczyć, bo widoki zarówno po drodze, jak i na szczycie, wynagradzają każdą kroplę potu.

 

 

Trzeci dzień, mimo zakwasów z Kjeragu, poświęciłam na wejście na Preikestolen. Niestety pogoda rodem z Władcy Pierścieni nie pozwoliła mi zachwycić się w pełni tym, co przyciąga tłumy na tę powstałą prawdopodobnie około 10 tys. lat temu ambonę. To, co zwykle wygląda tak:

 

mnie dane było zobaczyć tak:

 

 

Traktuję to jednak jedynie jako powód, by wspiąć się tam ponownie. Im prędzej, tym lepiej, bo już tęsknie za fiordami i wrażeniem przenoszenia się w czasie o kilka epok geologicznych wstecz. Za pustką, przestrzenią, bezludnością i chłodnymi barwami obrazów. Za poczuciem wolności, mimo pustego portfela i burżujstwem w postaci kawy na lotnisku za 30 norweskich koron.

 

P.S. Więcej zdjęć znajdzie się na dniach na mojej stronie.

15:48, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lipca 2012

Londyn, Londyn i po Londynie. Teraz londyńską mgłę domowej roboty będę przyrządzać w Krakowie.

Mimo pewnych problemów z aklimatyzacją, spowodowanych szokiem termicznym oraz brakiem widoku chmur przez kilka dni od przyjazdu (uff, całe szczęście w tej chwili niebo zasnute jest grubą warstwą!), niesamowicie się cieszę, że ta faza w moim życiu dobiegła końca i mogę chociaż na trochę odetchnąć na starych śmieciach, wskrzesić życie towarzyskie, nadrobić plotki, żale i dobre wieści, przypomnieć sobie, ile wynosi racjonalna cena dużego piwa i pogapić się bezmyślnie w telewizor, w którym panie i panowie mówią po polsku.

Żeby się zanadto nie zastać, w niedzielę lecę na parę dni do Norwegii. Myślę, że kontakt z naturą, widok fiordów i otwarta przestrzeń dobrze mi zrobią. Chyba tego właśnie potrzebuję, żeby oczyścić umysł po tym zgiełku metropolii i ograniczonym metrażu wynajmowanego pokoju. Dawno nie surfowałam po cudzych kanapach i tego aspektu podróży, zdaje się, też mi brakuje. Jednym słowem: wakacje!



16:15, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »