Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
sobota, 25 lipca 2015

Kiedy decydujesz się rzucić wszystko i wyjechać 1200 km na północ, do kraju, w którego języku potrafisz się co najwyżej przedstawić, do miasta, w którym znasz jedną osobę, nie mając na miejscu oferty pracy ani mieszkania, musisz się przygotować na powracające z ujmującą regularnością pytania "dlaczego?" oraz "jak to?". Zapytają cię o to najpierw rodzice, znajomi z pracy, znajomi ze studiów, babcia, ciocia Zosia oraz wujek Romek, a po przybyciu do kraju docelowego niemal każda nowo poznana osoba. Wśród najczęstszych reakcji na próbę wyjaśnienia motywacji (która po części i dla ciebie nie jest tak do końca nazwana), pojawią się okrzyki:

- Nie szkoda ci multi sportu i medicoveru?
- To niemożliwe że nie masz tam faceta!
- Ale czemu akurat Norwegia? Przecież tam jest przecież zimno / ciemno.
- Co ty tam sama zrobisz?
- A co jak nie znajdziesz pracy / mieszkania?
- Masz dość kasy?
- Nie możesz po prostu zmienić pracy tutaj?

Na część z nich będziesz znać odpowiedź. Części zupełnie nie zrozumiesz. Część obudzi lekkie wątpliwości.

Niewiele ponad rok temu wjechałam na jedenaste piętro biurowca w Krakowie z wypowiedzeniem w ręku. Do samego końca nie ogarnęłam mechanizmów funkcjonowania korporacji. Z nerwów wypalałam po 3 papierosy w ciągu przerwy śniadaniowej. Dwukrotnie zdarzyło mi się popłakać z bezsilności i frustracji, w tym raz w obecności mojego przełożonego. Doszłam do punktu, w którym dotarło do mnie, że zasadniczo od dłuższego czasu tkwię w miejscu i nic nie zapowiadało, żeby dało się z niego ruszyć. Brzmi obrzydliwie sztampowo. Nie, nie miałam mobingującego szefa, nie pracowałam po 15 godzin na dobę, wybierałam regularnie swój urlop, minimum trzy razy w tygodniu korzystałam z muliti sportu i codziennie jadłam dostarczane przez pracodawcę owoce. Po prostu nie nadaję się do tych struktur, ale to materiał na kiedy indziej.

Od wyjazdu z Polski goniłam z mopem, sprzedawałam własne wypieki hipsterom, kroiłam o poranku 30 pomidorów w plasterki, nauczyłam się robić perfekcyjne caffè latte, byłam przez tydzień bezdomna, pracowałam po 200 godzin w miesiącu, dodatkowo spędzając 40 w szkole, wychodziłam z domu, kiedy było jeszcze ciemno i wracałam do niego, kiedy już była noc. Chodziłam do kina, żeby nie zwariować, czytałam po dwie książki tygodniowo, spędziłam prawdopodobnie kilkadziesiąt godzin na skypie. Bolały mnie plecy, nadgarstki i kolana. Dobiłam do limitu karty kredytowej.

Ani raz nie pożałowałam odejścia z korpo. Może to zwykły błąd poznawczy.

 
======
P.S. Wciąż obowiązują trzy paulokoeljowe zasady:

1. Lepiej żałować, że coś zrobiłeś, niż że tego nie zrobiłeś.
2. Jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz coś zmienić w swoim życiu (znane też jako: Jak ci źle, to albo rusz dupę, albo się zamknij).
3. Większość problemów rozwiązuje się sama. Zwykle dokładnie w momencie, kiedy więcej pomysłów nie przychodzi do głowy.

11:10, home-made-london-fog
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 lipca 2015

Sobota, 22:30. Wracam do domu po 9 godzinach pracy. Słyszę dźwięki imprezy u sąsiadów. Podwórze, wokół którego stoją cztery bloki, niesie głosy jak studnia. Średnia wieku imprezowiczów: 55-60. Repertuar: Abba, I Will Survive, Modern Talking i okazjonalne hity ostatnich lat. Zastanawiam się ilu sąsiadów milcząco cierpi jak ja w swoich mieszkaniach i zamyka szczelnie wszystkie okna i drzwi zamiast dzwonić po policję. Panie wiwatują dnośnymi "uuuuu!", panowie urządzają sobie Szansę na sukces z taśmą amatorską.

Kiedy role się odwróciły?

22:42, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »