Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 29 sierpnia 2012

Dzień w bibliotece na Rajskiej. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Tak, po wielokrotnie wznawianych naciskach książka, którą sprowadzano dla mnie aż z Deutsche Nationalbibliothek (o ironio!), dotarła na polską ziemię. Jeszcze nie poinformowano mnie, ile ta przyjemność będzie mnie dokładnie kosztować, ale najpewniej niemało. W każdym razie skoro ona z tak daleka, no to ja, prawda, poczucie obowiązku i temu podobne, dzień w bibliotece zaplanowany (choć bez szczególnej wiary w to, że uda się ten plan zrealizować). 9.30, otworzyły się przede mną nie bramy raju, a skrzypiące drzwi czytelni - nie nomen omen - czasopism, gdzie pozycje zamawiane przez wypożyczalnię międzybiblioteczną są udostępniane. Wypożyczalnia swoją drogą powinna zwać się czytelnią, bo żadnych zagranicznych materiałów poza bibliotekę wynosić nie można.

Późne lato, wczesny poranek. Zajęłam - niezgodnie z przydzielonym mi numerkiem - miejsce przy oknie, by nie potęgować i tak już obecnej od momentu przekroczenia progu biblioteki depresji. Oprócz z trudem wdzierających się do starych murów promieni sierpniowego słońca, złagodziła ją biblioteczna kanapka za 2,50. Nauczona doświadczeniem sandwichy lotniskowych, trójkątów z serem*, meal deali od Marksa i Spencera oraz wielu innych, acz ideologicznie zbliżonych, rozpoczęłam jedzenie, obgryzając kajzerkę skrupulatnie dokoła, jak delicję, by na koniec nie ostać się z kęsem z samego li tylko pieczywa. Jakże miłe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wszystkie brzegowe fragmenty obfitują w ser, ogórka oraz pomidora. Kęsy centralne były już tylko wisienką na torcie, a bufet tak mnie rozochocił, że kilka godzin i kilkanaście rozdziałów później skusiłam się na zestaw obiadowy. Styl szkolny, a więc jedzenie, na które utyskuje się w podstawówce, a za którym tęskno wzdycha się na studiach, gdy szczytem domowego obiadu jest spaghetti z sosem pomidorowym.

Sierpień dobiega końca i niepostrzeżenie wdziera się do Krakowa jesień. Przynajmniej dla mnie niepostrzeżenie. Do dziś. Tak, dzisiaj, dzięki miejscu przy oknie zdałam sobie z tej sytuacji sprawę. Niebo błękitne, a na jego tle klonowe liście,  przy ogonku jeszcze zielone jak szczypiorek na wiosnę, ale przy brzegach już mieniące się bursztynem, rdzą i paloną sieną. Przypomniała mi się wenecka jesień i klony na Ghetto Nuovo. Ponad dwa lata już minęły od pierwszych zachwytów, pierwszej pizzy przy Campo dei Frari i pierwszego zachodu słońca na Rialto.

 

 

* Historia trójkątów z serem jest długa i politycznie niepoprawna. Zostawiam ją więc na inną okazję.



01:06, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2012

Piątkowy wieczór nie zapowiadał nadzwyczajnych wrażeń.

"O 19 na Gołębiej, a potem koło 21 knajpa!", głosiła krótka wiadomość tekstowa. Butelka wina, cztery razy dwadzieścia cztery lata przy stole i plotki prosto z Kazachstanu. O 21 suma przeżytych lat spadła z 96 do 72, butelka się opróżniła, a zamiast wyjścia do knajpy stanęło na wyjściu do sklepu celem uzupełnienia zapasów. O 23 suma spadła do 48 i nikomu już nie chciało się wychodzić do całodobowego. Przy kranówce i resztce chipsów piątkowe posiedzenie wkrótce przerodziło się w sobotnie. Tak zwykle bywa, gdy mówi się o wszystkim i o niczym, że nagle wskazówki zegara przeskakują z północy bezpośrednio na 3.30, a wnuczka właścicielki mieszkania oznajmia, że boi się zostać sama na noc. Na zachętę, by zyskać towarzystwo, raczy mnie historią o tym, że kamienica jest pusta, że strach, że niedawno okradli dwa sąsiednie mieszkania, że zimą na strychu nocują bezdomni i że nawet zamykanie bramy napawa lękiem, bo przecież ktoś może się wśliznąć. Zachęcona, zostaję. Nie do końca wiem, jakim cudem nie mam koszmarów, za to w nocy źródło każdego podejrzanego odgłosu dokładnie weryfikuję. O dziwo, do rana nic się nie wydarza, więc o 9 zwlekam się z łóżka, patrzę w lustro, dochodzę do wniosku, że budować wizerunek będę kiedy indziej, a dziś skupię się na tym, by nie spotkać po drodze do domu nikogo znajomego.

- Wypuścisz mnie?

- Yhmgrh…. Ale masz pomysły, 9 rano - stęknięcie z kanapy. - Nie mam nic do jedzenia, muszę iść do sklepu.

- No to zbieraj się, zaczekam, wyjdziemy razem.

Dziesięć minut później stęknięcie już koło drzwi wyjściowych:

- O nie, będę się męczyć z zamkiem jak wrócę…

Kierując się dobrodusznością zmieszaną ze sporą dawką lenistwa, charakterystycznego dla sobotnich poranków, oferuję się, że zostanę, zaczekam, że skoro zamek się zacina, to będę odźwierną. Żeby wypełnić czymś czas, robię kawę. Aga wraca ze świeżymi kajzerkami i serkami wiejskimi. Pięciominutowe czekanie przeradza się niepostrzeżenie w śniadanie, które to doprowadza nas do wczesnego popołudnia. Trzeba myśleć o obiedzie. Szybko odrzucamy pomysł zmiany lokum, lecę tylko po makaron i cebulę i po chwili mamy na kuchence sos pomidorowy i raźnie bulgoczące tagliatelle.

Oświadczam, że w takim razie zapalę tylko jednego przed obiadem i jak skończę, możemy jeść, po czym wychodzę na korytarz. Aga staje w drzwiach. Żeby się nie zatrzasnęły, wciska pod nie ręcznik. Mówię w tym momencie coś, czego nie słyszy i z niewinnym "co?" na ustach robi krok w moim kierunku. W tym samym ułamku sekundy przeciąg wywiewa ręcznik spod drzwi. Był to więc krok, który uwięził nas na dwie godziny poza mieszkaniem, pozwolił odkryć, gdzie mieszka ostatnia już w kamienicy sąsiadka babci, celem skorzystania z jej telefonu, utwierdził nas w przekonaniu, że otwieranie zamków wsuwką do włosów to mit, stworzony na potrzeby przemysłu filmowego, kazał w akcie desperacji dzwonić po siły wyższe w postaci rodziciela, który to ostatecznie zadzwonił po siły wyższe od wyższych, czyli ślusarza, do którego to numer znalazł się w naszym posiadaniu tylko dzięki uprzejmości pana z kafejki, który najwyraźniej uwierzył w historię o zatrzaśniętych drzwiach, widząc lazurowe pantofle Agnieszki. Ekipa fachowców bardzo szybko rezygnuje z "wytrychowania" i ucieka się do środka najpewniejszego, ale i siejącego większe zniszczenia, w postaci wiertarki. Tym sposobem ujrzałyśmy na własne oczy, co to dokładnie znaczy "rozwiercić zamek".

Po wejściu do mieszkania z radością odkryłyśmy, że sos nawet się nie przypalił - w odróżnieniu od makaronu. Z pomocą cifu udało się jednak doprowadzić garnek go stanu używalności. Zdecydowałyśmy, że po tych przejściach obiad jest nam jeszcze bardziej potrzebny, niż był dwie godziny wcześniej. W lodówce ujawniło się także niespodziewanie domowe wino. Nastawiłyśmy wodę na makaron po raz drugi, podłożyłyśmy ręcznik pod drzwi już bez obawy, że przewiercony zamek - zamieniony w złoty pył - mógłby się zatrzasnąć i wyszłyśmy na korytarz. Dla ukojenia nerwów. Teraz pozostaje jedynie czekać na reakcję babci po powrocie z wakacji.



Tagi: kraków
19:26, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 sierpnia 2012

Jest wtorkowy wieczór, sierpień bliższy końca, niż początku. Dobrze, że już nie chodzę do szkoły, bo reklamy plecaków i piórników z Tesco miałyby już na mnie z pewnością działanie  przygnębiające, jeśli nie skłaniające do całkowitej rozpaczy, że wakacje się kończą. W zamian męczę Zamieszkać w Bibliotece Tomkowskiego i kiedy uświadamiam sobie, że to prawdopodobnie ostatnia (!) książka, jaką w życiu czytam ze studenckiego obowiązku, to role się odwracają i ona zaczyna męczyć mnie. Taki paradoks, że jak już meta tuż tuż, to przychodzi zmęczenie materiału tak skrajne i rozleniwienie tak absolutne, że zamiast akceleracji, przeżywam apogeum flegmatyczności, ślamazarności, gnuśności i jeszcze kilku innych -ści, z których każda ma negatywny wydźwięk. Odkładam więc książkę i otwieram laptopa (tak, zgrzeszyłam nadmiernym optymizmem i, biorąc się do lektury, wyłączyłam komputer). Co ciekawe, Tomkowski pisze właśnie o współczesnych metodach lektury, o czytaniu przy jednoczesnym słuchaniu muzyki, o odkładaniu książki w połowie rozdziału, bo wysiada się z autobusu, o przewracaniu kartek bez zrozumienia, bo nie sposób odciąć się od otoczenia, od odgłosów telewizora w drugim pokoju, samochodów przejeżdżających pod oknem. I, o ironio, w takich właśnie warunkach do Tomkowskiego podchodzę. Szkoda, że tych warunków, które tak skrupulatnie opisuje, jakoś w książce nie uwzględnił, rozdziałów nie skrócił, najważniejszych informacji nie podkreślił, bo ja ostatnio, proszę Pana, mimo dobrej woli, nie mam cierpliwości, by przez przydługawe wywody się przedzierać. I ten brak cierpliwości skutkuje pisaniem notki na blogu, zamiast eseju o Pańskiej książce.

 

22:13, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Są takie rzeczy, o których z jakichś przyczyn woli się nie mówić. Ustala się wówczas nowe tabu, oficjalnie informując o tym rodzinę i znajomych, bądź też dając im wszystkim odczuć, że temat jest w rozmowach niemile widziany. Nie ma limitu na liczbę tabu, a przynajmniej nic mi o nich nie wiadomo. We wszystkim jednak wskazany jest umiar. Est modus in rebus. A że planuję uznać w najbliższym czasie za tabu kwestię mojego szukania pracy, nadszedł czas, by zdjąć kajdany niestosowności z dwóch omijanych od dłuższego czasu tematów.

A więc po pierwsze - nadejszła wiekopomna chwila: oficjalnie zakończyłam dzisiaj proces pisania magisterki. Promotor wypowiedział magiczne słowa "proszę drukować". Obrona w połowie września. Praca nie zasługuje niestety na epitety "dopieszczonej" ani "wysoce satysfakcjonującej". Zmaganie się jednak z tematem przez ostatnie długie miesiące było w końcowej fazie na tyle psychicznie nieznośne, że wybieram brak perfekcji nad dłubaniem w tekście w nieskończoność.

Po drugie natomiast: tak, wyjazd z Londynu wiązał się także z wieloma zmianami w moim życiu prywatnym, a że nie okrywałam go wielką tajemnicą, będąc w związku, chyba już czas zdjąć tabu z kwestii, że związek się skończył. Zatroskane pytania "jak się trzymam" sprawiają, że mam wrażenie, że cierpię na chorobę terminalną, o której lekarz poinformował wszystkich, poza mną. Odpowiadając zatem wszystkim naraz: mam się dobrze i o ile mi wiadomo, Mario także. Nasze drogi się rozeszły na jakieś 1000 km, czyli dystans pomiędzy Darmstadtem a Krakowem. Life goes on, jak to się mówi.

[od teraz oficjalnie nie rozmawiamy o moim przedłużającym się bezrobociu]



Z głęboką nutą autoironii:

Tagi: kraków
21:18, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 sierpnia 2012

Wracam z Mojej łodzi podwodnej w Agrafce. Pogoda, mimo późnej pory, wciąż dopisuje. Od czasu do czasu powiew wiatru po gołych łydkach przynosi dreszcz, ale taki znośny, pojedynczy. Idę Sławkowską, dochodzę do Rynku. Odremontowana płyta jest na tyle równa, że zadzieram wysoko głowę i delektuję się widokiem podświetlonych Sukiennic. Światła i cienie na ornamentach i zawijasach skłaniają mnie, żeby przedłużyć tę chwilę i usiąść. Znajduję wolną ławkę tam, gdzie zwykle stoi rząd dorożek, ale nie dziś, nie o tej porze. Tylko co jakiś czas słyszę miarowy tętent kopyt i stukanie kół za plecami. Odpalam ostatni papieros z drugiej paczki, której miało w ogóle nie być, ale skoro już jest, to może przynajmniej nie będzie kolejnej. Zaciągam się i nachodzi mnie tandetna myśl, że nie znam miasta piękniejszego i bardziej kojącego nerwy od Krakowa nocą. Wypieram pejoratywny przymiotnik i przyglądam się rozświetlonemu balonowi, wiszącemu w oddali, nad dachami na Grodzkiej. Stamtąd to dopiero musi być widok. Trzeba by się kiedyś wybrać na nocny lot. W ciągu tych kilku minut, kiedy siedzę i myślę, podchodzi do mnie dwóch bezdomnych, z prośbą o papierosa. Wyjątkowo mogę powiedzieć prawdę, że to właśnie ostatni i na dowód dobrych chęci wyciągam z torebki pustą paczkę, otwieram i pokazuję jej puste wnętrze. Państwo odchodzą, dziękując i życząc miłego wieczoru i życia. Mimowolnie zaczynam nucić w myślach Słodkiego, miłego życia Kombi. Gaszę papieros, wyrzucam niedopałek. Tak, Kraków nie traci uroku nawet mimo szkaradnej fontanny-piramidy na środku Rynku. Wstaję, obracam się dookoła z odchyloną głową, przyglądam się odnowionym kamienicom, na chwilę zatrzymuję wzrok na wieży mariackiej. Rzucam okiem na zegarek, nie, nie doczekam się hejnału. Skręcam w Sienną, patrzę pod nogi, żeby nie wybić zębów na kocich łbach. Jestem już na Wielopolu. Może jak kupię lighty, to będzie tylko w połowie tak źle? Dochodzę do sklepu, ale akurat rozliczenie kasy, przerwa 15 minut. To pewnie znak. Przynajmniej na dziś. Otwieram bramę, wchodzę do domu, włączam wiatrak. Lato. Lato w mieście.

 

Tagi: kraków
22:42, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »