Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Po blisko roku przerwy, pierwszy dzień w pracy, w której nie będzie mi potrzebny fartuch. Amen.

 

 

20:57, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2015

Od rana pada. Pobudka o 8, żeby się nie spieszyć, nie gonić, nie jeść w pośpiechu i nie musieć jechać na autobus na lotnisko na rowerze.

- You're still afraid of the tram rails? Because I am.

Zatem spokojne śniadanie, smoothie spakowane na podróż, plecak dopięty, dość czasu, żeby spokojnym krokiem dotrzeć na dworzec. Pada jakby mniej, niosę złożony parasol. Stąpam do rytmu dźwięczącej mi w głowie piosenki. Każde z nas wędruje gdzieś w swoich myślach, komfort wspólnego milczenia. Milczenia, które przerywają nagle głośne chrupnięcie i następujący po nim stłumiony okrzyk. Oraz wybuch niepohamowanego śmiechu. Pada na mnie pełne niezrozumienia spojrzenie, jedno z tych z uniesionymi brwiami i przerażeniem gnieżdżącym się dokładnie pomiędzy nimi.

No dobrze, przyznaję, zanoszenie się śmiechem nie jest do końca naturalną reakcją na skręcenie kostki.

- But... Don't you find it ironic?

Ostatnim razem podróż na dworzec zakończyła się bliskim spotkaniem z asfaltem. Tym razem zamiast na peronie wylądowałam na SOR-ze. Znajoma Rosjanka orzekła, że to niechybnie znak. Ja się tylko zastanawiam, czy znak, że te wyjazdy z Oslo beze mnie nie powinny mieć miejsca, czy że ktoś tu stanowi dla mnie realne zagrożenie?

Tak więc norweski SOR. Nie różni się on wiele od polskiego. No, może poza systemem klasyfikacji przypadków, czasem oczekiwania na kontakt z lekarzem, poziomem relacji personel medyczny-pacjent, a także kosztem wizyty na pogotowiu (tutaj głos norweskiej karty kredytowej z offu: oi!). Prześwietlenie nie wykazuje odłamków, standardowa procedura to odesłanie pacjenta do domu, ewentualnie z trzydniowym L4.

Spędzam więc ostatnie dni okresu wypowiedzenia w łóżku, z kostką wielkości kurzego jaja uniesioną wysoko na misternej konstrukcji tryliarda poduszek. Prognozy głoszą, że wrócę do pracy w swój ostatni w niej dzień.

Tymczasem mam do towarzystwa wielką, puszystą kulę futra:

 20150805_124645

Kula ma na imię Bobby i jest trzynastoletnim, nieśmiałym szpicem japońskim. Znalazła się u mnie, gdyż zachowałam się zupełnie po słowiańsku w tych skandynawskich realiach i słysząc smętne wycie zza ściany zasugerowałam sąsiadowi, że w związku z moim L4 zarówno mnie jak i jego psu towarzystwo mogłoby dobrze zrobić. Nie wiem, ile zajmie mu wychodzenie z kulturowego szoku, ale kuli podoba się mój balkon.

 

 

18:21, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »