Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
sobota, 06 sierpnia 2016

Nie wiem, gdzie się podział lipiec. Nie mam z niego ani jednego konkretnego wspomnienia z wyjątkiem naszej parapetówki. To robi z człowiekiem retail w okresie wyprzedaży. Czarna dziura. Nie rozglądać się na boki, przeć naprzód, mimo że nie widać mety.

Ale zanim nastał lipiec, był czerwiec, a w czerwcu Islandia. Udało nam się objechać wyspę dookoła, z mniejszymi i większymi odskoczniami od głównej trasy. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszeliśmy, że to dziwny kraj, ale nie do końca mieliśmy wyobrażenie, co to może oznaczać. Na miejscu okazało się, że "dziwny" to przymiotnik, który rzeczywiście najczęściej ciśnie się na usta. No, może oprócz "niesamowitego".

W 12 dni przejechaliśmy prawie 2000 kilometrów, i o ile może się zdawać, że to niewiele, liczba postojów na gapienie się w przestrzeń i uwiecznianie jej na karcie SD sprawia, że pokonanie zaledwie stu kilometrów potrafi zająć kilka godzin. Islandia stanowi idealny kierunek na road trip marzeń. Puste drogi, dobra baza campingowa, różnorodność krajobrazu - to wszystko sprawia, że można spokojnie spędzić cały dzień w samochodzie i nie mieć dość.

Nasz wypad miał być bardziej hikingowy, niż samochodowy, ale w efekcie ukończyliśmy tylko jedną dwudziestokilometrową trasę, gdyż w trzecim dniu udało mi się skręcić kostkę. Staliśmy się więc mimowolnie ekspertami od atrakcji dostępnych dla osób o ograniczonej mobilności (których na Islandii na szczęście nie brakuje). Może przy następnej wizycie zdołamy zrealizować pierwotny plan.

Nasze top 10?

1. Wielkie bryły błękitnego lodu lodowcowego na czarnej, wulkanicznej plaży (Jokulsarlon Lagoon). Wodę z tego topiącego się lodowca wykorzystuje się do produkcji lokalnego piwa. Nie udało nam się go znaleźć, więc postanowiliśmy pozbierać mniejsze bryłki tysiącletniego lodu z uwięzionymi w nich pęcherzykami powietrza do termosów i wynieść nasz Jägermeister on the rocks na zupełnie nowy poziom.

2. Lodowiec Vatnajokul, gdyż jest LODOWCEM.

3. Półwysep Snæfellsnes z jego fokami i stratowulkanem Snæfellsjökull, którego szczyt pokryty jest lodowcem.

4. Maskonury, których nie udało mi się zobaczyć na Lofotach. Z rybkami w dziobach, jak na najbardziej sztampowej fotografii z przewodnika.

5. Pasące się koło drogi renifery.

6. Wypluwający wysoką na 30 metrów fontannę wody gejzer.

7. Jezioro Mývatn wraz z otaczającym je obszarem o wyjątkowo silnej aktywności geotermalnej. Godziny spędzone w błękitnozielonej, parującej wodzie. Dymiąca, wielobarwna ziemia (mimo odoru zgniłych żółtek).

8. Nocowanie na polu lawy.

9. Archipelag Vestmannaeyjar z niezwykłymi formacjami skalnymi i surrealistycznie fioletowymi polami łopianu. Najnowsza część głównej wyspy powstała w wyniku erupcji wulkanu w 1973 roku, a jak często jest okazja, żeby stąpać po lądzie, który nie ma nawet 50 lat?

10. Niezliczone wodospady, których nie udało nam się w żaden sposób uporządkować. Każdy jest inny. Są takie, których huk słychać z kilometra, są takie, które niosą ze sobą masy wulkanicznego pyłu, które sprawiają, że woda zdaje się niemal czarna, są takie, które można zajść od tyłu i oglądać zachód słońca przez firankę wody, są takie, które opadają kaskadami i takie, które wcisnęły się między szereg bazaltowych kolumn.

Dziesięć punktów to niewiele. Nie zmieściły się tu na przykład islandzkie piwo, owoce morza, podwójne tęcze, islandzkie konie (wśród których są też takie błękitnookie), czy Vik ze swoją czarną plażą i skalnymi trollami w wodzie.

Jedno z tych miejsc, gdzie chce się koniecznie pojechać raz jeszcze.

047

020

101

035

347

383

370

1048

766

1094

677

710

555

179

1045

425

301

527

547

1511

741

2361

7241

4922

 

15:39, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »