Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
czwartek, 27 września 2012

Moja frustracja, spowodowana szukaniem pracy, powoli wzrasta. Jak wszyscy zebrani wiedzą, nie należę do osób cierpliwych, co stanowi wróżbę, że nie będzie to łatwy czas. Dzisiaj natomiast było +10 do przykrego stanu napięcia emocjonalnego, wywołanego niemożnością osiągnięcia celu. Na jakieś 30 aplikacji rozesłanych po wydawnictwach i redakcjach oraz 3 przekazane wczoraj korporacjom, odebrałam przed południem 2 telefony. Oba z korpo. Zdaje się, że mam na twarzy wypisaną przynależność do bezosobowego molochu. Jeśli tak, to może powinnam usunąć zdjęcie z CV? No nic, tłumaczymy sobie ładnie, że dwa tygodnie poszukiwań, z których odpadły dwa trzydniowe weekendy, co w rzeczywistości daje wynik ośmiu dni uganiania się za zatrudnieniem, to nie jest rozsądny okres na rozpoczęcie zrzędzenia. Ale co mi tam, Internet jak gąbka, wszystko przyjmie.

---

Poza tym, wypełniając sobie bezrobotny czas, zrobiłam update na stronie, a więc polecam (się).

 

 

Na dzisiejszy wieczór natomiast taki oto staroć z roku 1999, kiedy jeszcze się w zielone grało i było się pięknym oraz młodym.

 





środa, 26 września 2012

Niesamowita gratka dla wielbicieli fin de siècle'u, czyli świeżo otwarta wystawa "Zawsze Młoda! Polska sztuka około 1900" - temat, którego nie sposób przemilczeć. Wczorajszy wernisaż  był wielkim sukcesem. Dopisały pogoda i frekwencja, a wina nie zabrakło do samego końca. Kamienica Szołayskich przy placu Szczepańskim otwarła swoje podwoje po gruntownym remoncie, zachwycając końcowym efektem: od subtelnych i spójnych zdobień ścian, w których dominują delikatne ornamenty roślinne, przez misternie ułożone wielobarwne parkiety, aż po takie detale, jak osłony kaloryferów, okratowania, czy szafki w szatni. Po remoncie znalazły się tu także wygodne sofy dla odrobiny relaksu i kawiarnia. To, co jednak jest głównym punktem programu, robi jeszcze większe wrażenie. Trzysta młodopolskich eksponatów. Wystawa niesłychanie przemyślana, koherentna, nieprzytłaczająca, intuicyjna. Każda z sal ma swój temat przewodni, a sama trasa zwiedzania nie wymaga cofania się, zastanawiania się, czy aby się czegoś nie pominęło, krążenia. Jest Teka Melpomeny, jest Teatrzyk Zielona Gęś, są obrazy Malczewskiego, Pankiewicza, Wyspiańskiego, Wyczółkowskiego, Tetmajera, Mehoffera, są wypożyczone z Muzeum w Poznaniu kusicielki Weissa, jest szafa Olgi Boznańskiej. Jest rzeźba, jest sztuka użytkowa. Bibliofilów i edytorskich zapaleńców z pewnością zainteresuje natomiast sala przedostatnia, gdzie zobaczyć można nie tylko młodopolskie czasopisma i książki, ale też szczególnie godne uwagi oprawy, wykonane metodą intarsji skórzanej, czyli zdobienia skóry skórą. A, no i druki okołowystawowe - ulotki, przewodnik, katalog - cuda. Jeśli ktoś chciałby się wybrać, to dajcie znać, bo ja na pewno pójdę raz jeszcze.

Warto też spojrzeć na kalendarium wydarzeń towarzyszących, bo znalazło się tam sporo interesujących pozycji, między innymi wykład prof. Ziejki „Młodopolski Kraków” czy sobotnie spotkania tematyczne z kuratorami Muzeum Narodowego, na przykład na temat plakatu młodopolskiego, spacer tropem słynnych krakowskich kawiarni z przełomu XIX i XX wieku czy wykład prof. Matuszek, poświęcony związkowi Przybyszewskiego z Dagny Juel, połączony z projekcją filmu.

 

No, to by było na tyle agitowania.

 

 

P.S. Dobra rada dnia: Jeśli po dwóch miesiącach lenistwa pragniecie wrócić do biegania, pokonując trasę zwyczajową do szczytowych okresów formy, to wiedzcie, że to zły pomysł. Nie zmienia to jednak faktu, że bulwary o poranku są wreszcie puste, a pogoda sprzyja joggingowi.   



16:10, home-made-london-fog
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 września 2012

Do Berlina jedzie się tak, jak do rodziców, tylko że dalej. Pociąg wyjeżdża z Krakowa, zalanego mgłą tak gęstą, jak przedszkolna owsianka, o 7.08. Słońce wygląda bardziej jak księżyc, ma ostre kształty i można na nie patrzeć bez mrużenia oczu, jak przez folię z dyskietki podczas zaćmienia. Kukurydza połyskuje za oknem, promienie wczesnego jesiennego poranka odbijają się od oblepionego rosą babiego lata. Jest szaro-zielono. Staram się skupić na Kerouacu, który ostatnio znów stał się modny. Uznałam, że nie może być lepszej okazji do lektury W drodze niż kilkugodzinna podróż. Co chwilę przerywam czytanie, żeby równolegle do wydarzeń w książce śledzić film drogi z niezbyt wartką akcją za oknem.

Jest coś sennego i kojącego w porannej mgle. To nastrój wakacyjnych poranków u babci na wsi, kiedy chciało się zawojować świat, a on w zasadzie poddawał się bez walki. Szósta rano, rosa po kolana, pies jako jedyny towarzysz, któremu taka pora odpowiadała.

Nostalgię zakłóca mi grupa Włochów w średnim wieku, z natarczywym florenckim akcentem. Nieustannie czymś się emocjonują. W pewnym momencie, kiedy już, już mam nadzieję, że może nastanie cisza, bo dyskusja przycichła, jeden z nich wyciąga cążki i zaczyna obcinać sobie paznokcie, jak gdyby nigdy nic. Nie wytrzymuję, idę się przejść. Kiedy wracam, manikiur jest już skończony. Włoch sączy mineralną, a pijąc, ciamka tak, jakby uprawiał z półlitrową butelką pierwszą w swoim życiu miłość francuską. Następnie, zmęczony, zasypia. 

Koło dziesiątej mgła się unosi. Zieleń staje się ciemniejsza i wyraźniejsza i miesza się z rudościami. Przychodzi mi na myśl Van Gogh. Kiedy przejeżdżamy przez Śląsk na horyzoncie majaczą wieżyczki kościołów, stare mury fortyfikacji i potłuczone szyby dawno już opuszczonych hal produkcyjnych. Nad rzędem niskich budynków, przypominających trochę garaże, góruje napis "Meble z metalu" i zaczynam wyobrażać sobie, jakby to było mieć pancerną szafę na ubrania zamiast tej z Ikei. Pewnego razu pewien chłopiec, który przewinął się przez moje życie, a który pochodził z zupełnie nieindustrialnych okolic i do dwudziestego piątego roku życia nie widział postkomunistycznego blokowiska z prawdziwego zdarzenia, dziwił się, jak na widok czerwono-białych kominów elektrowni mogę się rozrzewniać. A to chyba na tym właśnie polega urok Śląska o poranku: na dziwnej swojskości krajobrazu, roztaczającego się z okien pociągu; swojskości pozwalającej się poczuć u siebie. Jedną z rozlicznych pułapek nostalgii jest tęsknota za nieskończoną brzydotą oraz absolutną nijakością.

Ale rzeczywistość przywołuje mnie do porządku za sprawą konduktora, który, na moją uwagę, że bilety były już sprawdzane, odburkuje tylko, że może i były, ale nie przez niego. Posłusznie podaję swój sprawdzony bilet, a on serwuje mi w zamian potwarz, prosząc o dokument potwierdzający uprawnienie do zniżki. Nie studenckiej, a tej do dwudziestego szóstego roku życia. Ale nic, ogląda dowód, oddaje go i stwierdza "muszę coś sprawdzić" po czym znika na dwie godziny. Z moim biletem. Po powrocie informuje o konieczności dopłaty 1,48 zł, gdyż ponieważ bo. Ostatecznie stajemy na 1,10 zł, z braku większej sumy w drobnych.

Dzień był doprawdy ładny, przez oziminy niektóre pola zieleniły się tak, że można by pomyśleć, że jest wiosna, gdyby nie dziwna schyłkowość w powietrzu; rzepak się złocił, gdzieniegdzie jeszcze niezebrane z pól snopki; aż robiło mi się chwilami żal, że siedzę w klimatyzowanym pociągu, w którym nawet okna się nie otwierają i nie można postać na korytarzu, twarzą stawiając opór cząstkom powietrza, mrużąc oczy, czując się, jak w jednej z tych nowoczesnych suszarek do rąk typu AirBlade.

 

Weekend natomiast upłynął pod znakiem żubrówki z sokiem jabłkowym, rabarbarowych szotów, vodka mate, rozważań, na ile lap dance, na przykład taki, jak tu, może być podniecający dla heteroseksualnych kobiet (z wnioskiem ogólnym że i owszem, może; ale już do jego wykonania potrzeba specjalnych warunków - bądź fizycznych, bądź przyrody, czyt. upojenia alkoholowego widza), przebywania w lokalach rozrywkowych do późnych godzin porannych, a także klasyfikowania w tychże przedstawicieli płci przeciwnej na dwie i tylko dwie grupy: "cute" oraz "absolutely unacceptable". Wszelkie grupy pośrednie uznane zostały za zbyteczne, wiadomo, brzytwa Ockhama i te sprawy. Poza tym, uwzględniając okoliczności lokalne, które w większości przypadków ograniczały komunikację do pozawerbalnej oraz monosylabicznej, mnożenie bytów nad potrzebę tym bardziej by się nie sprawdziło.

 

Drogę powrotną spędziłam już w całości z nosem w książce, ubolewając, że poniedziałek znowu przyszedł za wcześnie i rozmyślając, jak cudownie byłoby, gdyby oprócz Warsa, istniało jeszcze coś takiego, jak wagon-czytelnia.



czwartek, 20 września 2012

Dzień dzisiaj taki, że z radością stwierdziłam, że bezrobocie i owszem, ma swoje plusy, jak na przykład brak konieczności wychodzenia z domu o poranku, kiedy szaro, plugawo i sennie. Spędziłam więc pół dnia z Marquezem, nie wygrzebując się nawet z pościeli, co prawdopodobnie jest trochę perwersyjne. Ale co ja pocznę, że się nie byłam w stanie oprzeć. Ale obiad ugotowałam. A jest w połączeniu tuńczyka i cebuli coś, co mówi ze śpiewnym włoskim akcentem.

Drugim plusem braku stałego zatrudnienia jest zaś to, ze jutro z samego rana mogę wsiąść do pociągu EuroCity relacji Kraków - Berlin i wysiąść z niego gdzieś po drodze, gdzie planuję pozostać aż do poniedziałku, oddając się wyłącznie nieumiarkowaniu we wszystkim, co się napatoczy. Żubrówka jest. Czekoladki z Wawelu są. Wyrzutów sumienia nie ma i wedle prognoz nic się w tym zakresie ma nie zmieniać.

Zatem miłego weekendu.

 



 

Tagi: kraków
22:00, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 września 2012

Czasami to on przychodził do niej do domu i wtedy z lubością tarzali się na nadmorskim tarasie w saletrzanej pianie i przyglądali się jak na horyzoncie wschodzi świat cały. Swą wytrwałość skupił na tym, by nauczyć ją wszelkich wymyślności, podpatrzonych u innych przez dziurki w swoim hotelu, jak również teoretycznych formuł głoszonych przez Lotara Thuguta podczas jego hucznych zabaw nocnych. Nakłonił ją, by pozwoliła podglądać się, kiedy się kochali, zachęcił do zmiany konwencjonalnej pozycji misjonarza na pozycję roweru wodnego lub kurczaka na ruszcie czy poćwiartowanego anioła, doprowadzając raz niemal do postradania przez oboje życia, kiedy pękły sznury w czasie prób wymyślania czegoś nowego w hamaku. Była to jałowa nauka. Będąc bowiem niewątpliwie śmiałą uczennicą, pozbawiona była zarazem najmniejszego choćby talentu do seksu z inicjatywą. Nigdy nie pojęła uroków spokoju w łóżku, ani przez chwilę nie wykazała się najmniejszym natchnieniem, jej orgazmy zaś były naskórkowe i nie w porę: smutne ciupcianie. Florentino Ariza w swej naiwności przekonany był przez dłuższy czas, że jest jedynym mężczyzną, jej zaś schlebiało, że on w to wierzy, dopóki pechowo nie wygadała się przez sen. Słuchając jej sennych wynurzeń, powoli, stopniowo składał kawałkami mapę żeglugi jej snów, wpływając między liczne wyspy jej sekretnego życia. W ten sposób dowiedział się, że nie ma zamiaru wyjść za niego za mąż, choć czuła się z nim mocno związana, bo była mu wdzięczna za zdeprawowanie jej. Wielokrotnie powtarzała:

- Uwielbiam cię za to, że mnie skurwiłeś.

Prawdę mówiąc miała zupełną rację. Florentino Ariza pozbawił ją dziewictwa konwencjonalnego małżeństwa, znacznie bardziej niebezpiecznego niż właściwe dziewictwo i wdowia abstynencja. Nauczył ją, że to, co się robi w łóżku, nigdy nie jest niemoralne, jeśli przyczynia się do utrwalenia miłości. I wpoił jej jeszcze coś, co od tej pory miało stać się sensem jej życia: przekonał ją, iż każdy przychodzi na świat z przypisaną sobie ilością rżnięć i jeśli się ich nie wykorzysta, wszystko jedno z jakich przyczyn, z własnej czy z cudzej winy, dobrowolnie czy pod przymusem, traci się je na zawsze. Jej zasługą było potraktowanie tego z całą powagą.

 // Marquez, Miłość w czasach zarazy

 

 

Niektóre zmiany w głowie nie mogą zajść w pełni, bez zmian na niej. Podobno każda kobieta musi w swoim życiu przejść przez fazę blondu… Ale nie, u mnie ta faza jeszcze nie przyszła. Co nie zmniejsza radykalizmu metamorfozy. I tak po paru godzinach na fryzjerskim fotelu uznaję przemiany w moim życiu wewnętrznym za dokonane, alleluja (że też wcześniej nie pomyślałam, że tak niewiele mi do finalizacji brakowało!).

Oddałabym się szukaniu pracy, ale zbyt jestem nadal zajęta życiem towarzyskim, odświeżaniem Miłości w czasach zarazy oraz robieniem weekendowych planów. Życie. I to jakie!



 
1 , 2 , 3