Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
wtorek, 30 września 2014

Jestem pośrodku niczego. Jak polska wieś, tylko bardziej. Rano wychodzę jeszcze w piżamie na werandę, usiłuję przekonać samą siebie, że nie jest zimno. Balustrada wciąż mokra od deszczu. Stoję i gapię się przed siebie do momentu, kiedy moje stopy zaczynają sinieć a barkami wstrząsają dreszcze. Wchodzę do środka, wsypuję do miski płatki, zalewam mlekiem, siadam i patrzę przez okno. Zieloność, 50 shades of green. Poplamiona rudościami liści i czerwienią domów. Ale tych ostatnich jest tylko garstka. Dwie góry otulają tę zieloność jak splecione ramiona. A na ich czubkach wiszą chmury.

Jest 7 stopni. Zakładam legginsy i T-shirt, wsuwam nie do końca rozgrzane stopy do adidasów, macham ramionami dla rozgrzewki. Skip A, skip B, kilka skłonów. Ale nie za wiele, czuję, że jak przeciągnę rozgrzewkę, to moja motywacja może się ulotnić.

Biegnę pod górę, jakieś 30 stopni, pocieszając się, że droga powrotna będzie lżejsza. Jest pusto. Za cały soundtrack robią mi psychodeliczne owcze dzwonki. Za zakrętem wyłania się kamienny kościół. Z ciekawości przystaję: Kościół z XII wieku, najstarsza kamienna budowla w regionie Sogn, a prawdopodobnie także w kraju. Tak że tak. Niestety zamknięty. Biegnę dalej. Droga się kończy, zawracam. Zastanawiam się, jak mogłam tego nie zobaczyć wcześniej. Ale nie zobaczyłam. Bo było za moimi plecami. Albo dlatego, że przed oczami fruwały mi kolorowe plamki ze zmęczenia. Więc zawracam i biegnę w dół, prosto do wody, do schodzących się na horyzoncie fiordów, do mgły, do atramentowej toni. Biegnę i zapominam, że miałam skręcić, wrócić, wziąć prysznic, wypić kawę na werandzie. Zapominam, że moje oskrzela protestują i że zgodnie z prawami fizyki powinno mi być zimno.

czwartek, 25 września 2014

A kiedy wszystkim wydawało się, że walizka nie przyjmie już nawet wacików, ona wcisnęła do niej parę czerwonych szpilek.

 

18:51, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2014

Jest lekki spadek. Nie pomaga mi Kuchnia+. Przepisuję babcine przepisy do przepiśnika. Skupiam się na alkoholach. Jajokoniak, wódka na prędko, krupnik litewski. Pomijam płucka na kwaśno i zupę z wątroby. Nie znoszę pożegnań, przeraża mnie potencjalna nieodwołalność. Mam bigos z emocji.

I wsparcie przez światłowody:

 

20:06, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
środa, 10 września 2014

W związku z wysoce niskim ciśnieniem oraz przymusowym dniem wolnym ORAZ świadomością, że 4 zaległe teksty czekają, aż je ktoś napisze, przypomniało mi się, że:

Dlatego też zrobiłam sobie latte, które rozwarstwiło się na trzy idealnie równe części (no dobrze, nie mierzyłam), zapuściłam retro soundtrack do życia i zalogowałam się do panelu administracyjnego bloga. Świecenie światła o 9 rano jest w jakimś sensie dobijające, co każe się zastanowić, czy aby dobrze obrałam azymut. Ale nie zamierzam się zastanawiać. Chyba. Chyba wolę sprawdzić. Przekonać się raczej niż gdybać i teoretyzować.

▪

Ostatnio, korzystając z ostatków wakacyjnych promocji, spędziłam całą niedzielę w kinie. A dokładniej w dwóch kinach. Bardzo to było miłe, proszę Państwa, tak sobie siedzieć przez bitą robotniczą dniówkę w fotelu i oglądać na dużym ekranie to, co się wcześniej przegapiło. A że ja wiele rzeczy przegapiam, to wakacyjne powtórki są dla mnie w sam raz. I tak zaczęło się od Drogówki, o której sprzecznych opinii nasłuchałam się bez liku, a która jest dla mnie TAK BARDZO. No i Bartłomiej Topa, wielkie wow. Potem była Tajemnica Filomeny, zupełnie inny klimat, całkiem odmienne tło (może to dobrze w wypadku takich maratonów?), pełen humoru dramat i mocne 8/10. A wisienką na torcie została Wenus w futrze. Uwielbiam takie gry formą, minimalizm w najczystszej postaci, świetnie rozpisane dialogi. Filmy, w których cała genialność opiera się na grze aktorskiej a nie efektach specjalnych. A przy tym wiele poziomów interpretacyjnych, można na to patrzeć jak na niezobowiązującą komedyjkę na niedzielne popołudnie, albo pogrzebać głębiej i urządzić sobie intelektualną ucztę. Ogromne brawa, film trafia do ulubionych i na pewno będę do niego wracać.

09:08, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 września 2014

Kot poluje na ćmę. Goni jakby najadła się szaleju, budzą się w niej instynkty, choć jest typowym kanapowcem, który swój kontakt ze światem zewnętrznym ogranicza do wrogiego pomrukiwania na wróble przysiadające na balkonie. Kiedy już złapała zdobycz, przenosi ją w pyszczku do innego pomieszczenia i wypuszcza. Jakiś zwierzęcy makiawelizm, delektowanie się władzą w najczystszej postaci. A kiedy ofiara próbuje zniknąć jej z oczu, wkracza ponownie. Mruczy w podnieceniu.

Czy obserwowanie tych zmagań należy analizować w kategoriach okrucieństwa?

 

Jutro wchodzę w nową działkę. Przerzucamy stronę. Clean cut, fresh start. Będzie słodko.

22:25, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »