Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 31 października 2012

Wracam do pustego mieszkania przed 21 i pustka mnie cieszy. W torbie puszka makreli w pomidorach oraz czerwona Sophia, bo przecież jutro ustawowy zakaz handlu, o czym przypomniałam sobie dopiero pod osiedlowym sklepem spożywczo-monopolowym. Na Haloween należałoby sobie zafundować The Ring albo chociaż Zombieland, ale czuję, że wyląduję pod kołdrą z Dehnelem, chociaż miałam już homoseksualistów pod kołdrę nie zapraszać, kolejne słabe postanowienie poprawy, którego nie uda się dotrzymać, pewnie z całego zestawu zaniedbań nie najgorsze. Po głowie kołacze mi się tysiąc pomysłów na życie, z których żaden nie podpada pod kategorię "rozsądne i racjonalne", a, bazując na historii moich decyzji, i z nich zdołam pochopnie wybrać ten najbardziej popaprany. I już nie mogę się doczekać mierzenia się z jego konsekwencjami.



21:17, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2012

Wczoraj nieźle zaczęłam, spóźniając się na tramwaj, czego o mało nie przypłaciłam spóźnieniem na pociąg. Miałam déjà vu z grudnia 2010, kiedy to przez niemal niewinne spóźnienie na pociąg rysowała się przede mną wizja spędzenia Bożego Narodzenia zamiast w domu, gdzieś między Wenecją a Bolonią, prawdopodobnie na lotnisku, bo akademik na święta był zamykany. O dokładnych przyczynach spóźnienia przez wzgląd na swoje względnie dobre imię nie będę się rozpisywać. Poza tym historia nie ma dramatycznego zakończenia, tylko happy end, za to nauczyła mnie jednego: po imprezie do rana nie należy kłaść się spać "na dwie godziny" jeśli naprawdę chce się złapać samolot.

Tym razem też skończyło się dobrze, wpadłam na peron na dwie minuty przed odjazdem. Pociąg zatłoczony niemiłosiernie, ja z pi razy drzwi trzydziestokilową walizką i pomniejszymi tobołkami. Ktoś, kto projektował pospieszne, zdecydowanie nie przewidział opcji "przeprowadzka koleją państwową". Miotałam się tym korytarzykiem tam i z powrotem w poszukiwaniu już nawet nie miejsca dla siebie, ale chociaż dla walizki, żeby mimo wszystko nie blokować zupełnie przejścia, a kiedy już niemal straciłam nadzieję, zajrzałam do ostatniego przedziału w ostatnim wagonie. Siedzi siedmiu panów. Swoim niewinnym i nieoczekującym wiele "przepraszam, czy to miejsce jest może wolne" spowodowałam nie lada zamieszanie, jeden pan poderwał się, ogarnął wzrokiem półkę na bagaże i jął się przesuwać spoczywające tam graty, drugi pan już złapał moją walizę, mimo mojego lekkiego oporu i ostrzeżenia, że to ciężkie przecież, uwaga żeby na głowę nie spadło, ojej, bardzo panu dziękuję, naprawdę, na co trzeci pan odstąpił mi swoje miejsce, choć jedno i tak było wolne, a na moją sugestię, że wszyscy się zmieścimy, podziękował, stwierdził, że tak tak, skorzysta, ale żebym ja sobie siadła od strony korytarza. Nie powiem, siadłam chętnie, bo ze wszystkich możliwych w przedziale miejsc te od korytarza, po tych od okna, są jeszcze znośne. Pan ostatecznie spędził całą drogę do Warszawy na korytarzu, ku moim lekkim wyrzutom sumienia. Przed Centralną nieśmiało jeszcze zapytałam, czy któryś z panów może…, a nim skończyłam, walizka już była na ziemi. Na peron miałam już plan zwlec ją sama, ale widać męskie bezinteresowne przysługi chodzą falami, bo nie była mi realizacja tego planu dana. Jakże się zachwyciłam tą uprzejmością, och ach, czyli że dżentelmeni starej daty to wciąż niecałkowity przeżytek? Cudnie.

 

Warszawa powitała mnie pełnym słońcem zimowego popołudnia. Gdybym tylko opracowała technikę na wybieranie odpowiedniego przejścia podziemnego za pierwszym razem, pewnie nie miałabym dziś nadwyrężonych mięśni wszelakich, a zasadniczo dwugłowych ramion oraz czworobocznych. No ale to drobiazg, który zupełnie nie przeszkodził mi dziś w podjęciu prawdopodobnie najbardziej asertywnej decyzji mojego życia, czyli niepodpisania śmieciowej umowy, której warunki pisane były dalekie od sugerowanych w rozmowie. Podziękowałam uprzejmie i poszłam w mróz, szukać pracy dalej.



niedziela, 28 października 2012

Walizka, z trudem, bo z trudem, ale dopięta (z każdą kolejną przeprowadzką silniej utwierdzam się w przekonaniu, że coś takiego, jak walizka pełna, nie istnieje i kiedy już, już wydaje się, że nic więcej nie da się tam wcisnąć, okazuje się, że mieści się jeszcze laptop i para półbutów), bilet kupiony, psychika przygotowana na przeprawę w śniegowo-deszczowej mazi przystanków i peronów (tfu tfu), bo nawet Kraków żegna mnie na biało. Ogarniam pokój wzrokiem nie tyle sentymentalnym, co zdroworozsądkowym. Jestem sama w domu, więc sama zadaję sobie pytanie zarezerwowane zazwyczaj dla tych, którzy odprawiają w daleką drogę: "niczego nie zapomniałaś?" i odpowiadam, jak zwykle zresztą "no mam nadzieję, że nie, nie wiem, a jak coś, to w Warszawie przecież chyba są sklepy" (bo odprawiający na ogół potrzebują takiego zapewnienia, żeby ukoić nerwy, ale ubóstwiając krakowsko-warszawskie niesnaski bez "chyba" się nie obejdę). W każdym razie najważniejsze, zdaje się, zabrałam.

Uświadomiłam sobie też, że ten blog doczekał się klamry, bo przecież od przeprowadzki do Londynu się zaczął. Ot, taka bufoniasta dygresja.

 

No to w drogę.

 

 

 

Każda przeprowadzka ma w sobie coś niepojęcie przygnębiającego.



09:23, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 października 2012

Kiedy zaraz po przebudzeniu otwierasz komputer i statusy na Facebooku informują, że w Stuttgarcie i Norymberdze pada śnieg, bierzesz do ręki telefon i w smsie, który jakimś cudem cię nie obudził, czytasz, że sypie w Warszawie, to krakowski deszcz zyskuje na wartości, choć powieki uparcie opadają, a za oknem jest niemal tak szaro, jak w czerwcowy poranek w Londynie (swoją drogą temperatury też już tu osiągnęły poziom brytyjskiego lata). Przeprowadzka, owszem, jest abstrakcyjna, ale bije ją na głowę fakt, że pojutrze zaczynam pracę.



13:51, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2012

Wyszedłszy ze spotkania z Masłowską przed czasem, zadawszy pytanie, które stało się jednym z wielu, na które odpowiedź nie padła, ciskałam na prawo i lewo irytacją oraz tworzyłam plan popastwienia się nad wyżej wymienioną. Bo powodów ku temu by nie brakło. Szum medialny wokół jej osoby z okazji wydania pierwszej od siedmiu lat książki zrobił swoje - było to zdecydowanie najbardziej oblegane ze spotkań, organizowanych w ramach Conrad Festival, na które nie ograniczono liczby wejściówek (a szkoda). Ale niedogodności logistyczne i tak były zasadniczo drobnym problemem w zestawieniu z pisarką, która ślizgała się - w dodatku niezgrabnie - po powierzchni wszelkich poruszanych kwestii, pytania prowadzącego (swoją drogą chapeau bas dla Czaplińskiego) kwitowała - wypowiadanymi tonem słodkiej idiotki, który prawdopodobnie miał jej zjednać sympatię audytorium - "Nooo… to trudno powiedzieć…", "Jakie trudne pytanie, ja to wolę takie łatwiejsze kwestie", "Ja nie wiem, czemu to napisałam" oraz "To było dziesięć lat temu, ja nie pamiętam". Zadeklarowała także, że "nie ma światopoglądu", choć z pogłębianiem tematu było już krucho. Po wyładowaniu swoich frustracji na Polsce, jako jakimś mitycznym i bezkształtnym tworze, który "nie wybacza" (jej wielkiego sukcesu sprzed dekady), przyznała szybko, że przecież musi na pisaniu jakoś zarabiać w tym czterdziestomilionowym kraju. Pierwsi słuchacze podnieśli się do wyjścia już po kwadransie, my z M. wytrzymałyśmy ponad godzinę, nie da się ukryć - godzinę zmarnowaną, bo nie tylko niczego nowego w nasze myślenie (o świecie, czy, węziej, o literaturze) niewnoszącą, ale co gorsza (dla autorki) wyzuwającą Masłowską z jakichkolwiek pozorów osoby, która ma coś do powiedzenia. Nie oznacza to, rzecz jasna, że ona nie ma niczego do napisania, bo sądzę, że ma i jej miejsce na mapie polskiej nowej prozy jest niezaprzeczalne. Kochanie, zabiłam nasze koty pochłonęłam zresztą w drodze pociągiem do rodziców i z powrotem (a jest to podróż raczej niedługa), z wielce pozytywnym zaskoczeniem. Ubawiła mnie ta historia, ale i dała nieco do myślenia. To, co ona robi ze słowem, jak się bawi na poziomie lingwistycznym, jak wplata w dialogi bohaterów nowomowę google translatora, to wszystko robi, przynajmniej na mnie, wrażenie. Co więcej, w odróżnieniu od Pawia Królowej, tu oprócz formy jest jeszcze fabuła i to fabuła spójna, misternie skonstruowana, w której przeplatają się jawa i sen, a rojenia z brutalną często rzeczywistością. Ale miałam się ostatecznie na niej nie pastwić, więc słowem podsumowania: książka tak, spotkania autorskie nie.

Na szczęście z całego festiwalu, z którego zdołałam uszczknąć raptem mały kęsek, było to jedyne doświadczenie tak irytująco puste i, jak chciało by się zanucić za Muńkiem, tak tragicznie bezcelowe. Wczoraj był Jagielski, a więc klasyka (także festiwalu Conrada), co tu dużo mówić - jak zawsze do rzeczy i ciekawie, kto choć raz miał przyjemność go słuchać, ten wie, o czym mówię. A potem o Trocinach rozmawiali Varga ze Stasiukiem, uroczo zażyli, swojsko sobie z siebie nawzajem dworujący, zabawni, ale też nie stroniący od kwestii trudnych czy o patos się ocierających, o rozmowy o literaturze sensu stricto, a nie tylko studium przypadku najnowszej książki Krzysztofa V. Było o Węgrzech i o Polsce, o prowincji i o mieście, o wsi Stasiuka i mazowieckiej wsi Vargi, bohaterach własnych książek, których się kocha i tych, których się nienawidzi. Spotkanie spotkaniem, ale sama książka z pewnością powinna zostać dopisana do listy lektur obowiązkowych - nie szkolnych, ma się rozumieć, bo tych nikt nie chce czytać, ale osobistych, po które sięgnąć warto. Ja zabrałam Trociny w podróż pociągiem do Katowic, ironia to zupełnie niezamierzona, bowiem nie przeczytałam wcześniej nawet blurpu, żeby wiedzieć, że główny bohater właśnie w pociągu, który utknął w polach, swoje rozmyślania snuje. Mój pociąg na szczęście nigdzie nie utknął, ale z każdą stroną we frustracjach bohatera coraz bardziej widziałam nie tylko frustracje swoje własne, w sytuacji zamknięcia z obcymi ludźmi na małej przestrzeni na dłuższy czas mnożą się jak drożdże w rozczynie, ale i frustracje dobrze mi znane, a cudze. Stasiuk jednak - i nie był tu odosobniony - zadeklarował, że jego ta narracja śmieszyła do tego stopnia, że o mało się nie posikał przy opisie bohatera, który pocił się w kroku smalcem. No, na dobrą sprawę trudno temu pewnego komizmu odmówić, ja jednak czytałam nie z bolącą od rechotu przeponą, a raczej z zaciskającym się z przerażenia żołądkiem, że tak, tak właśnie jest i myślenie głównego bohatera Trocin jest mi niebezpiecznie bliskie. Staram się uniknąć spoilerów, dlatego może popadam w niezrozumiałe ogólniki, a więc tutaj skończę.

Dodam jeszcze tylko, że przed Masłowską był starszy od niej raptem o trzy lata Jacek Dehnel, co może jeszcze spotęgowało negatywną recepcję poziomu wypowiedzi tej pierwszej. Poza tym, że Dehnel ma coś do powiedzenia, co więcej - całkiem sporo, to jeszcze jak on mówi! I jak on pisze. I jak on czyta (własne teksty)! Wczoraj gdzieś się natknęłam na informację, że audiobook Lali to jego interpretacja i po dzisiejszym spotkaniu kusi mnie jego nabycie (choć fanką audiobooków nie jestem, zbyt nasennie na mnie działają). Czytał taki ładny twór o wskrzeszeniu Łazarza, ale niestety nie zanotowałam, czy to już się gdzieś ukazać zdążyło, a jeśli tak, to gdzie, więc niestety nie uraczę, choć miała to być nagroda za wytrwałość i dotarcie do końca ostatniego paragrafu. W ramach pocieszenia, utwór muzyczny. Na przekór okolicznościom meteorologicznym.

 



 
1 , 2 , 3 , 4