Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
poniedziałek, 20 października 2014

TAK BARDZO cieszą pierwsze pieniądze zarobione na czymś, z czego czerpie się prawdziwą frajdę. TAK-BAR-DZO.

 

00:35, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 października 2014

sunrisehour08:06        

sunsethoursymbols17:57


Pierwsza niedziela, kiedy ląduję z muesli, ale bez mleka, oraz z łososiem, ale bez chleba.

Learn it the hard way. Smacznego.

10:30, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 października 2014

Wspominałam coś o 15 kilometrach? Popołudniu śnieg padał za moim oknem.

Jest to nawet urokliwe. Dopóki nie trzeba wyjść z domu. Polski pierwszy śnieg jest zwykle bajeczny: temperatura nieco powyżej zera, wiatru brak, chce się wybiec na zewnątrz i chwytać płatki na język. Przynajmniej mnie się chce. Pewnie wynika to z moich obsesji na punkcie migotliwych i wielobarwnych przedmiotów. Tęcza, sztuczne ognie, kalejdoskop, lampki choinkowe dające ciepłe światło. Pokaż mi jedno z powyższych, daj się gapić z opuszczoną szczęką przez bliżej nieokreślony czas, nie próbuj tego racjonalizować, a masz sporą szansę na skradzenie mojego na co dzień oziębłego serca. Nie ma co kryć: lecę na tandetne zagrywki.

Pierwszy w sezonie śnieg w Oslo przyszedł z wiatrem, który Norwegowie nazywają "lekką bryzą". U nas powiedziałoby się, podnosząc kołnierz płaszcza i zaciskając mocniej pasek, że piździ jak w kieleckim. Proszę mi wybaczyć słownictwo, ale całe wczorajsze popołudnie to właśnie zdanie świeciło jak neon w moim mózgu, kiedy walczyłam z parasolem, przeklinając dotykowy ekran mojego telefonu, który staje się bezużyteczny w momencie założenia skórzanych rękawiczek. Nie znoszę czapek, ale jeszcze bardziej nie znoszę świdrującego bólu w uszach, więc pogodziłam się nawet z wiecznie naelektryzowanymi włosami.

Dorastanie, proszę Państwa, to się nazywa dorastanie.

 

 

 

12:16, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 października 2014

Dzisiaj o poranku 15 kilometrów stąd świat obudził się pod warstwą śniegu. Przestałam się zastanawiać skąd ten chłód.

13:38, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 października 2014

Kochani,

często w listach pytacie mnie, co jedzą Norwegowie. W dzisiejszym poście postaram się odpowiedzieć na nurtujące Was pytanie.

I. Otóż jak sami Norwegowie twierdzą, ich narodowym daniem jest obecnie mrożona pizza. Najpopularniejsza jest Grandiosa - do tego stopnia, że syn znajomych poprosił o nią pod choinkę.

II. Drugie miejsce należy się jagnięcinie.

Opcją na co dzień jest Fårikål, czyli, powiedzmy, jagnięcy gulasz. Przygotowanie trwa 20 minut, gotowanie - 2 godziny. Potrzebujemy kilogram kawałków jagnięciny z kością, jedną dużą kapustę, łyżkę ziaren pieprzu, dwie łyżeczki soli. Kapustę kroimy w ćwiartki, a każdą z nich na 3-4 mniejsze kawałki. Pamiętajcie, nie robimy bigosu. Każdy kawałek powinien mieć w sobie część głąba, żeby liście się nie rozpadły. W dużym garnku układamy warstwę mięsa, następnie warstwę kapusty i tak do wyczerpania materiału. Zalewamy wodą, solimy, pieprzymy. Niektórzy dorzucają liść laurowy. Doprowadzamy pod przykryciem do wrzenia, a następnie zostawiamy na wolnym ogniu.

Wersją świąteczną jest Pinnekjøtt: żeberka jagnięce. Najpierw moczymy je w wodzie przez co najmniej trzydzieści godzin. Teraz przychodzi czas na bardziej skomplikowaną część. Na spodzie głębokiego garnka układamy coś na kształt drewnianego rusztu. Tutaj deseczki można kupić w prawie każdym supermarkecie, natomiast jeśli podejmujecie wyzwanie poza Skandynawią, trzeba wybrać się do lasu, nazbierać trochę patyczków, oczyścić je z kory i odpowiednio przyciąć. Następnie do garnka wlewamy wodę - powinna sięgać poziomu rusztu, ale go nie przekraczać. Na ruszt układamy kawałki mięsa, garnek przykrywamy i pozwalamy parze działać przez jakieś trzy godziny. Żadnych przypraw, żadnych dodatków.

III. Ostatnie zaszczytne miejsce na podium przypada brukwi. Kålrot, czyli dosłownie "kapuściany korzeń", u nas jest znienawidzony, kojarzony chyba wyłącznie z wojną i niedostatkiem. A szkoda, bo kiedy już da się brukwi szansę, to okaże się, że to jedno z tych warzyw korzennych, które są pożywne, pełne witamin, a w dodatku smaczne. Tak, powiedziałam to, SMACZNE. Norwegowie najczęściej jedzą brukiew pod postacią purée, do którego dodaje się nieduży ziemniak dla gęstości i trochę mleka żeby uzyskać kremową konsystencję. Ja postanowiłam pójść na całość i zrobiłam z brukwi frytki - w wersji piekarnikowej, obsypane sporą ilością kajeńskiego pieprzu i odrobiną soli, otoczone w odrobinie oleju. Znajomy Norweg przeżył kulturowy szok, twierdząc, że nigdy nie widział nikogo, kto zrobiłby z brukwi frytki, a szok ten zaowocował poproszeniem o dokładkę oraz nauczeniem się polskiej nazwy warzywa. Mała rewolta.

Zaraz za podium znajdują się krewetki, łosoś, fiskekake (nom, nom, nom, rybne placki na kształt naszych mielonych, wyglądem przypominające raczej bliny) oraz fiskeboller (nazwijmy to umownie rybnymi pulpetami). A także cała reszta ryb i owoców morza. Peleton doganiają dziczyzna oraz cudowne sery (z moim wielokrotnie tu wspominanym faworytem, naczelnym wodzem wszystkich serów, którym niewątpliwie jest Brunost, oraz moim najnowszym odkryciem, jakim jest Gamalost, czyli dosłownie "stary ser" - jest to rzecz wspaniała i obrzydliwa zarazem, która musi budzić mieszane uczucia przy pierwszym spotkaniu, smak nie do podrobienia, tak wyrazisty, że nawet Norwegowie zwykle mieszają go z kwaśną śmietaną, konfiturą z żurawiny lub maliny moroszki tudzież miodem).

 

22:11, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3