Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 28 października 2015

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędzam cały poranek w łóżku, z kawą i gazetą. Gazetą w czytniku, niestety. Mam ochotę rozłożyć wielką płachtę i trochę z nią powalczyć, składać, rozkładać, zaginać, naprostowywać. Ale cóż, emigracja 2015.

Wybory obeszły mnie trochę bokiem. Raz: za późno pomyślałam o załatwieniach w związku z głosowaniem za granicą. Dwa: sama siebie pytam, czy mam prawo zabierać głos w sprawach, które najpewniej przez lata nie będą mnie dotyczyć. Swój polityczny aktywizm ograniczyłam do mikro-sporu przeprowadzonego za pośrednictwem skypa na linii dom tu-dom tam.

Tutaj też niedawno były wybory. Samorządowe. Kampania toczyła się przez kilka miesięcy na ulicach. Każda partia rozsiała po całym mieście swoich przedstawicieli, gotowych przez cały dzień wyjaśniać programowe założenia. Co ciekawe, wszystkie partie stały razem. W głównych punktach Oslo utworzyły się szpalery, więc przy jednym niedzielnym spacerze można było rozwiać wszelkie swoje polityczne wątpliwości. W Polsce chyba wciąż trudne do wyobrażenia. Pokazuje to chyba przede wszystkim pewność co do własnego programu i jasność różnic między partiami. Mimo trwającej tak długo kampanii informacyjnej członkowie partii byli oblężeni, ilekroć ich mijałam, co dosyć dobrze obrazuje stopień zainteresowania polityką statystycznych państwa Hansen. To, oraz kolejki do urn, choć głosować można było przez kilka dni w rozstawionych na placach lokalach wyborczych w postaci blaszaków rodem z placów budowy. Gazety ubolewają jednak, iż zaangażowanie w życie polityczne spada, a frekwencja była najniższa od 2003 roku: zagłosowało niespełna 60% uprawnionych. Zatem nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej.

 

 

 

 

 

niedziela, 11 października 2015

Po dwóch miesiącach przerwy nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Siedzę pod kołdrą z ledwie zipiącym laptopem na kolanach, palcem wydłubuję z pudełeczka przywiezioną z Bośni chałwę. Przeczytałam zaległe maile, przejrzałam fejsbuk, zrobiłam dwie tury prania i przygotowałam obiad na jutro.

Bośnia jest piękna. I niesamowicie biedna. Wybornie karmi, poi cudnym winem z południa i rakiją o niezliczonych smakach. Serwuje miód z owocem granatu i wędzone figi oraz owcze sery które w niczym nie ustępują tym włoskim. Straszy opuszczonymi budynkami, szkieletami hoteli, ruinami całych wiosek. Kusi średniowiecznymi zamkami, głębokimi kanionami i wyrastającymi za każdym zakrętem górami. Każe przedzierać się przez kilometry pozbawionych nawierzchni leśnych i górskich dróg i sprawdzać co jakiś czas, czy wszystkie opony są wciąż całe. Ale w zamian oferuje magię.

Będą zdjęcia. Mam nadzieję, że wkrótce.