Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
sobota, 21 listopada 2015

Minus siedem, odczuwalna minus dziesięć. Tak rzekł mój telefon w piątkowy poranek. Oto nadszedł czas, kiedy na trasie dwustu metrów zamarza zawartość nosa i odechciewa się odpisywania na krótkie wiadomości tekstowe poza domem.

W tamtym tygodniu zagniotłam ciasto na piernik. Zapomniałam, że przepis mam na cztery foremki i jeśli nie przewiduje się najazdu licznej rodziny należy przeliczyć, przedzielić, pomniejszyć. Więc ciasto zajmuje pół szuflady w lodówce a pierniki będą cztery. Nie sądzę, by dla kogokolwiek był to powód do łez. Biorąc pod uwagę, że praca wysysa ze mnie więcej energii, niż powinna, a resztę wybieguję, może się okazać, że będzie to jedyny posmak świąt znad Wisły w tym roku. Ach, to oraz uszka od taty, ukryte w kącie zamrażarki, by ocalały przed przedwczesną konsumpcją.

Z wydarzeń wyższej rangi natomiast, poddajemy się chyba (my-zachodnie społeczeństwo) logice strachu. W pracy przypomina się o procedurach na wypadek zamachu terrorystycznego, mama sugeruje, by nie lecieć do Belgii, a ja niechętnie otwieram stronę główną portalu informacyjnego o poranku. Zastanawiam się, czy rzeczywiście następuje w ostatnich tygodniach jakieś przesilenie, czy media bardziej skupiają się na aktach terroru w kontekście paryskich zdarzeń, czy tylko ja-odbiorca-czytelnik wyłapuję z przekazu tylko te informacje, bo została na nich skupiona moja uwaga. I staram się spychać to poza margines mojej świadomości, odpowiadając krótkim "psychopatów nigdy nie brakuje" na czynione próby dyskusji. Bo nie brakuje. I pozostaje jedynie liczyć, że żadnego jutro nie spotkamy. Oraz pamiętać, że statystycznie mamy na to o wiele mniejsze szanse niż miliony ludzi na tej planecie.

 

 

środa, 28 października 2015

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędzam cały poranek w łóżku, z kawą i gazetą. Gazetą w czytniku, niestety. Mam ochotę rozłożyć wielką płachtę i trochę z nią powalczyć, składać, rozkładać, zaginać, naprostowywać. Ale cóż, emigracja 2015.

Wybory obeszły mnie trochę bokiem. Raz: za późno pomyślałam o załatwieniach w związku z głosowaniem za granicą. Dwa: sama siebie pytam, czy mam prawo zabierać głos w sprawach, które najpewniej przez lata nie będą mnie dotyczyć. Swój polityczny aktywizm ograniczyłam do mikro-sporu przeprowadzonego za pośrednictwem skypa na linii dom tu-dom tam.

Tutaj też niedawno były wybory. Samorządowe. Kampania toczyła się przez kilka miesięcy na ulicach. Każda partia rozsiała po całym mieście swoich przedstawicieli, gotowych przez cały dzień wyjaśniać programowe założenia. Co ciekawe, wszystkie partie stały razem. W głównych punktach Oslo utworzyły się szpalery, więc przy jednym niedzielnym spacerze można było rozwiać wszelkie swoje polityczne wątpliwości. W Polsce chyba wciąż trudne do wyobrażenia. Pokazuje to chyba przede wszystkim pewność co do własnego programu i jasność różnic między partiami. Mimo trwającej tak długo kampanii informacyjnej członkowie partii byli oblężeni, ilekroć ich mijałam, co dosyć dobrze obrazuje stopień zainteresowania polityką statystycznych państwa Hansen. To, oraz kolejki do urn, choć głosować można było przez kilka dni w rozstawionych na placach lokalach wyborczych w postaci blaszaków rodem z placów budowy. Gazety ubolewają jednak, iż zaangażowanie w życie polityczne spada, a frekwencja była najniższa od 2003 roku: zagłosowało niespełna 60% uprawnionych. Zatem nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej.

 

 

 

 

 

niedziela, 11 października 2015

Po dwóch miesiącach przerwy nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Siedzę pod kołdrą z ledwie zipiącym laptopem na kolanach, palcem wydłubuję z pudełeczka przywiezioną z Bośni chałwę. Przeczytałam zaległe maile, przejrzałam fejsbuk, zrobiłam dwie tury prania i przygotowałam obiad na jutro.

Bośnia jest piękna. I niesamowicie biedna. Wybornie karmi, poi cudnym winem z południa i rakiją o niezliczonych smakach. Serwuje miód z owocem granatu i wędzone figi oraz owcze sery które w niczym nie ustępują tym włoskim. Straszy opuszczonymi budynkami, szkieletami hoteli, ruinami całych wiosek. Kusi średniowiecznymi zamkami, głębokimi kanionami i wyrastającymi za każdym zakrętem górami. Każe przedzierać się przez kilometry pozbawionych nawierzchni leśnych i górskich dróg i sprawdzać co jakiś czas, czy wszystkie opony są wciąż całe. Ale w zamian oferuje magię.

Będą zdjęcia. Mam nadzieję, że wkrótce.

 

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Po blisko roku przerwy, pierwszy dzień w pracy, w której nie będzie mi potrzebny fartuch. Amen.

 

 

20:57, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2015

Od rana pada. Pobudka o 8, żeby się nie spieszyć, nie gonić, nie jeść w pośpiechu i nie musieć jechać na autobus na lotnisko na rowerze.

- You're still afraid of the tram rails? Because I am.

Zatem spokojne śniadanie, smoothie spakowane na podróż, plecak dopięty, dość czasu, żeby spokojnym krokiem dotrzeć na dworzec. Pada jakby mniej, niosę złożony parasol. Stąpam do rytmu dźwięczącej mi w głowie piosenki. Każde z nas wędruje gdzieś w swoich myślach, komfort wspólnego milczenia. Milczenia, które przerywają nagle głośne chrupnięcie i następujący po nim stłumiony okrzyk. Oraz wybuch niepohamowanego śmiechu. Pada na mnie pełne niezrozumienia spojrzenie, jedno z tych z uniesionymi brwiami i przerażeniem gnieżdżącym się dokładnie pomiędzy nimi.

No dobrze, przyznaję, zanoszenie się śmiechem nie jest do końca naturalną reakcją na skręcenie kostki.

- But... Don't you find it ironic?

Ostatnim razem podróż na dworzec zakończyła się bliskim spotkaniem z asfaltem. Tym razem zamiast na peronie wylądowałam na SOR-ze. Znajoma Rosjanka orzekła, że to niechybnie znak. Ja się tylko zastanawiam, czy znak, że te wyjazdy z Oslo beze mnie nie powinny mieć miejsca, czy że ktoś tu stanowi dla mnie realne zagrożenie?

Tak więc norweski SOR. Nie różni się on wiele od polskiego. No, może poza systemem klasyfikacji przypadków, czasem oczekiwania na kontakt z lekarzem, poziomem relacji personel medyczny-pacjent, a także kosztem wizyty na pogotowiu (tutaj głos norweskiej karty kredytowej z offu: oi!). Prześwietlenie nie wykazuje odłamków, standardowa procedura to odesłanie pacjenta do domu, ewentualnie z trzydniowym L4.

Spędzam więc ostatnie dni okresu wypowiedzenia w łóżku, z kostką wielkości kurzego jaja uniesioną wysoko na misternej konstrukcji tryliarda poduszek. Prognozy głoszą, że wrócę do pracy w swój ostatni w niej dzień.

Tymczasem mam do towarzystwa wielką, puszystą kulę futra:

 20150805_124645

Kula ma na imię Bobby i jest trzynastoletnim, nieśmiałym szpicem japońskim. Znalazła się u mnie, gdyż zachowałam się zupełnie po słowiańsku w tych skandynawskich realiach i słysząc smętne wycie zza ściany zasugerowałam sąsiadowi, że w związku z moim L4 zarówno mnie jak i jego psu towarzystwo mogłoby dobrze zrobić. Nie wiem, ile zajmie mu wychodzenie z kulturowego szoku, ale kuli podoba się mój balkon.

 

 

18:21, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49