Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
środa, 08 lutego 2012

Co prawda klimat w Londynie umiarkowany morski, ale skoro w tym roku nawet Wenecja zamarzła, to nic dziwnego, że w ostatnich dniach i tu zamiast deszczu zaserwowano nam śnieg, który w dodatku gdzieniegdzie się utrzymuje. Przetrwania tego - miejmy nadzieję - krótkiego ataku zimy zdecydowanie nie ułatwia miejscowe budownictwo, ani ledwie zipiący grzejnik w naszym pokoju. Zdecydowaliśmy nie pozostawać obojętni. Dzięki amazonowi zaopatrzyliśmy się w termofor , za sprawą którego podczas siedzenia w swetrze pod kołdrą, z rozgrzanym laptopem na kolanach, temperatura robi się znośna.


Na przekór wszystkiemu (a mam tu na myśli - poza temperaturą - głównie swój absolutny brak talentu do uprawy kwiatów - włączając te, które wymagają naprawdę niewiele uwagi; przypadłość powszechnie znana i wykpiwana, choćby przez obdarowywanie mnie przy wszelkich możliwych okazjach kolejnymi roślinami doniczkowymi) posadziłam dziś tulipany. Na wypadek, gdyby mini plantacja uschła, zanim zdąży faktycznie wyrosnąć, popieram swoje słowa materiałem dokumentalnym.

 


Bądźmy jednak dobrej myśli - nie narzekam tu chwilowo na nadmiar obowiązków, więc może jakoś sprostam wyzwaniu. Ahoj, przygodo!


13:18, home-made-london-fog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lutego 2012

Po zaliczeniu londyńskich klasyków:

 

oraz wizycie w dzielnicy indyjsko-arabskiej (wypatrzenie angielskich napisów powinno być nagradzane):

 

 

postawiliśmy w weekend na Notting Hill. Ciągnący się przez prawie dwie mile Portobello Market robi niesamowite wrażenie. Znaleźć można tu dosłownie wszystko: mówiąc "antyki" trzeba objąć myślą nie tylko biżuterię czy monety, ale też operowe lornetki z masy perłowej, pozłacane klatki dla ptaków, zegarki kieszonkowe, buty niczym z elżbietańskiego teatru, aksamitne stroje zdobione koronkami i pachnące butwiejącym papierem książki. "Second hand" od skórzanych toreb, przez rowery (w których sprawność śmieliśmy wątpić), po kiczowate chińskie klapki. Są też rzeczy nowe, prawie jak na krakowskim Kleparzu.
Naszym faworytem została jednak część gastronomiczna. Poza świeżymi owocami i warzywami (większości których nazw nie znaliśmy), można na Portobello skosztować przysmaków z pokaźnego kawałka świata. Jeśli powiedzieć by o zapachach, że są kuszące - to mało. Mieszanka świeżych ziół, czosnku i owoców morza przechodzi kilka metrów dalej w słodycz lukru, miodu i orzechów, by za chwilę zmienić się w orientalne wonie kuchni indyjskiej. Od samego przechadzania się między stoiskami głód się nasila.

 

12:55, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »

Zatem po zwariowanych tygodniach organizacji, zwalniania się z pracy, zdawania egzaminów, uzyskiwania zaliczeń i poszukiwań mieszkania - osiedliśmy. Na jak długo, to się jeszcze okaże. Nauczeni licznymi w ostatnim czasie doświadczeniami nie planujemy, a raczej akceptujemy i szukamy możliwie najlepszych w danych okolicznościach rozwiązań.

Ale po kolei, czyli od Gatwick do East Acton.
Po tym jak nigeryjski scammer, podający się za brytyjskiego pastora, usiłował przekonać nas, że w życiu najważniejsze jest zaufanie do drugiego człowieka, w logicznym następstwie którego winniśmy mu przesłać 600 funtów depozytu przez Western Union, zrezygnowaliśmy z pomysłu zdalnego szukania mieszkania. Mario zabukował więc dla nas hostel na 4 dni, który to czas poświęciliśmy na intensywne rozglądanie się za stosownym lokum. Za radą tych i owych, na wstępie poszliśmy do agencji pośrednictwa, która z olbrzymią radością zajęła się naszymi 130 funtami. Niestety pomocą nam już trochę mniej. Oddając jednak sprawiedliwość - w piątek przekazali nam 4 kontakty do landlordów, z którymi mieliśmy się w tym samym dniu spotkać.

Landlord numer 1 na podaną nam godzinę zaprosił także grono innych chętnych. Zapewne czytał podręcznik Cialdiniego Wywieranie wpływu na ludzi i miał nadzieję, że nasza ochota na oferowane nam mieszkania wzrośnie wraz ze wzrostem ich niedostępności. Technika jednak w tym przypadku o tyle nieskuteczna, że 1) nasze wady wzroku i/lub 2) nasza desperacja zostały przecenione. Pierwsze semi-studio zlokalizowane w suterenie z pięknym widokiem na buty ludzi spacerujących po wybetonowanym podwórzu (jeśli ktoś by się o to pokusił), kabiną prysznicową w kącie obok łóżka (sic!) oraz zagłębieniem w ścianie wyposażonym w lodówkę i mikrofalę zwanym dumnie kuchnią. Z lekka pokryta grzybem toaleta wspólna dla całego piętra to już tylko szczegół. Semi-studio numer dwa okazało się raczej jednoosobowe, acz zostaliśmy zapewnieni przez przedstawicielkę agencji o wschodnim akcencie i ubogim słownictwie, że łóżko można wymienić na podwójne za drobną opłatą (bagatela 30 funtów).

Z lekko nadwyrężonym morale udaliśmy się na spotkanie z drugim landlordem. Po piętnastominutowym marszu od stacji metra dotarliśmy na miejsce. Mieszkanie, choć brudne i wyglądające raczej na niezamieszkane, okazało się duże i jasne, podobnie jak pokój. Lokalizacja przy autostradzie, między magazynami wszelkiej maści skutecznie nas jednak zniechęciła. Postanowiliśmy jednak zachować numer przedstawiciela na wszelki wypadek.

Dysponując już jakąś alternatywą, wróciliśmy do landlorda numer jeden obejrzeć kolejne semi-studio. Po dwóch poprzednich nie robiliśmy sobie zbytnich nadziei - i słusznie. Tym razem poza prysznicem w rogu hitem okazał się zaklejony tekturą kominek. Przedstawicielka natomiast, mimo biegłej znajomości angielskiego, nie była w stanie udzielić nam żadnych informacji na temat mieszkania czy formalności. Jedyne czego była pewna, to że przy braku stałego zatrudnienia będziemy musieli zapłacić oprócz depozytu także czynsz za pół roku mieszkania z góry, suma summarum jakieś 5.000 funtów (ha ha).

Ostatni z naszych kontaktów okazał się, o dziwo, inną agencją pośrednictwa. Nie zrażając się, postanowiliśmy obejrzeć oferowane przez nich pokoje. I tu pozytywne zaskoczenie  - nie dość, że dostaliśmy 3 opcje, to jeszcze wszystkie w świetnych lokalizacjach i przyzwoite. Niestety, wszystkie 3 także poza naszym budżetem oraz dostępne najwcześniej od drugiego tygodnia lutego. Mimo to na drugi dzień rano zadzwoniliśmy do agencji potwierdzając, że decydujemy się na jeden z pokazanych nam pokoi i umówiliśmy się na poniedziałek, żeby podpisać kontrakt. Odetchnęliśmy z nieukrywaną ulgą. Jak się jednak okazało - przedwcześnie. Wieczorem dostaliśmy sms, że pokój, na który się zdecydowaliśmy, został wynajęty komuś innemu i "sorry for any inconvenience". Ale że jak? No tak, że kto pierwszy z kasą, ten lepszy. Ach, my niedoświadczone w brutalnych regułach rynku dzieci!

Z uwagi na weekend otworem stanął więc przed nami internet. W niedzielę zobaczyliśmy, po krótce: 1) obskurny, woniejący pleśnią pokój w dzielnicy indyjsko-arabskiej (niestety nawet konkurencyjna cena nie była w stanie nas urzec),2) pomieszczenie z lodówką, do którego wejście znajdowało się poniżej poziomu ulicy (bardzo miły landlord-hindus rozsiewający zapach przetrawionego alkoholu - widać nie ortodoks), 3) nasze obecne lokum, 4) odpicowane w kosmos, dwupoziomowe mieszkanie, po którym oprowadziła nas córka właściciela - Ola, arabskiej urody Polka borykająca się z rodzimą gramatyką.

Czas nas gonił, więc desperacja rosła. Postawiliśmy więc na pokój w East Acton. Póki co wątpliwości mamy jedynie w stosunku do współlokatorów z obsesją na punkcie ciszy nocnej oraz prywatnej własności. Paranoiczni do tego stopnia, że nie dzielą nawet patelni, nie trzymają w łazience kosmetyków, a po naszej przeprowadzce papier toaletowy przenieśli do pokoju. Staramy się jednak nie dać się zwariować. Zresztą po moich weneckich doświadczeniach chyba żadne kwestie mieszkaniowe  nie są w stanie mnie zaskoczyć.


P.S. Szkoda, że pisanie magisterki nie idzie mi równie szybko.

12:13, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
1 ... 46 , 47 , 48 , 49