Zakładki:
#52books [2015]
#52books [2016]
#52books [2017]
Puszczam się w internetowy eter
RSS
niedziela, 31 maja 2015

Trzecia nad ranem. Lekko wstawiona dekoloryzuję włosy. Jasność za oknem sprawia, że sytuacja traci nieco na absurdzie.

 

03:04, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 maja 2015

Kiedy kładę się spać jest już prawie jasno. Na pewno dużo jaśniej niż w grudniu bywało o 14:30. Powinnam zasunąć żaluzje, ale wtedy wstawanie po 4,5 godzinach snu jest jeszcze bardziej nieznośne. Powinnam też wreszcie zacząć kłaść się wcześniej, ale to postanowienie, którego nie udaje się zrealizować od ponad dekady, więc pewnie należałoby przestać robić sobie wyrzuty.

Kwiaty na moim balkonie kwitną jak opętane. Bez w pokoju pachnie nieprzyzwoicie.

Coś się dzieje.

 

02:56, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 maja 2015

Alert: <gastro>

 

Brak piekarnika i zbliżająca się wizytacja budzą uśpioną kreatywność. Największym wyzwaniem podczas przygotowywania ciasta na zimno zawsze był dla mnie spód. Alternatywy zasadniczo trzy: gotowy biszkopt, pokruszone ciastka zmiksowane z rozpuszczonym masłem (niestety na hasło "8 stołowych łyżek masła" mnie wzdryga) lub brak spodu (brak spodu??). Nadszedł czas buntu. Burza i napór. sytuacji nie ułatwia fakt, iż jedynym posiadanym przeze mnie na obczyźnie sprzętem kuchennym jest ręczny blender, który jednakowoż wiernie towarzyszył mi przy wszystkich przeprowadzkach, więc nie mogę go nie doceniać. W każdym razie po wielu próbach (i błędach) dzielę się efektem, żeby zaoszczędzić ludzkości zmagań, przez które przeszłam.

Posiadanie malaksera sprawi, że spód do ciasta powstanie w jakieś 30-45 sekund. Jego brak podniesie wymagania czasowe do ok. 5 minut.

Dwa tygodnie temu było tak: 8 suszonych fig, 1/2 szkl migdałów, 1/2 szkl wiórków kokosowych, szczypta soli, 2 łyżki kakao. Wszystko zmiksowane razem do osiągnięcia lepkiej masy, przełożone do tortownicy i dokładnie dociśnięte. Moim błędem było zwilżenie łyżki dla ułatwienia sobie wyrównania spodu. Pół godziny w zamrażarce. Na wierzch trafiła masa jogurtowa z awokado (głównie dla koloru) i pistacjami. Gąb do usatysfakcjonowania: 2. Porcji: 8. Liczba posiedzeń, którą przetrwało ciasto: 3. Spód się sprawdził, choć trochę przykleił się do tortownicy i nie chcąc jej porysować nożem musiałam nadwyrężyć stronę wizualną.

Dzisiaj było tak: 12 daktyli, 3/4 szl nerkowców, 3/4 szkl wiórków kokosowych, szczypta soli. Po zmiksowaniu daktyli z orzechami blender się przegrzał, więc wiórki wmieszałam łyżką. Masa nie była idealnie gładka, ale myślę, że nie stanowi to najmniejszego problemu. Moja forma do ciasta ma 23 cm średnicy, ale bardzo się starałam, żeby trochę spodu ocalało na wyjadanie resztek z miski i się udało. Przy następnym podejściu podwoję ilość i zrobię fałszywe ziemniaczki / trufle. Na wierzch masa serowo-waniliowa (wczoraj po raz pierwszy udało mi się upolować w Oslo twaróg!), pacnięta tu i ówdzie malinowym dżemem zamienionym z różowe wywijasy. Ostatnią warstwą będzie zażelowana, cudownie kwaśna konfitura rabarbarowo-truskawkowa. Zdaje się, że największym wyzwaniem będzie utrzymanie ciasta w nienaruszonym stanie do soboty.

 

</gastro>

 

 

18:38, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2015

Pierwsza koszona trawa. Pierwszy rozkwitły bez.

13:19, home-made-london-fog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2015

Przestoje na blogu, jak to zwykle bywa, mają bezpośredni związek z brakiem przestojów w życiu. Praca pracą, sen snem, pół kilograma jarzyn dziennie pół kilogramem jarzyn dziennie. Wszystko to jeszcze mieści się w racjonalnych ramach czasowych. Schody zaczynają się za drzwiczkami z szyldem "norweski".

Podstawą do sukcesu w nauce języka obcego jest akceptacja błędu. Albo raczej: błędów. Ortograficznych i interpunkcyjnych, semantycznych, stylistycznych, fleksyjnych, leksykalnych, logicznych. Błędów w artykulacji, błędów w akcentowaniu, błędów w intonacji. Za Conradem: nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią.

W większości przypadków błędy obcokrajowców stają się raczej powodem do wyrozumiałych uśmiechów / pełnych politowania spojrzeń, ale nie można wykluczyć parsknięć, chichotów, szydery, złośliwości ani chamstwa. Każde z wymienionych występuje jednak również wśród użytkowników języka ojczystego.

Pogodzeni ze stanem rzeczy zabieramy się do pracy. Zapisujemy się na kurs, kupujemy podręczniki i zeszyt do słówek. Uparcie włączamy o poranku radio, choć przez pierwsze miesiące wyłapać udaje się głównie nazwę stacji; każdy znany anglojęzyczny hit muzyczny przyjmujemy z ulgą jak przerwę w szkole, niezależnie od walorów artystycznych. Oglądamy filmy, orientując się w akcji głównie za sprawą obrazu. Po jakimś czasie odpowiedzią na pytanie kasjera "czy chcesz paragon?" przestaje być dzikie przerażenie w oczach.

Nie istnieje chyba coś takiego jak "łatwy język", ale na pewno różne są pozycje na skali trudności. Z norweskim jest dla przykładu podobnie jak z niemieckim. Jak to ujął Twain w eseju o wiele mówiącym tytule The awful german language:

Some German words are so long that they have a perspective. Observe these examples:

  • Freundschaftsbezeigungen.
  • Dilettantenaufdringlichkeiten.
  • Stadtverordnetenversammlungen.

These things are not words, they are alphabetical processions. And they are not rare; one can open a German newspaper at any time and see them marching majestically across the page -- and if he has any imagination he can see the banners and hear the music, too. They impart a martial thrill to the meekest subject.

Tak, norweskie teksty to prawdziwe parady imponująco długich zlepków liter, które na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Nie będą też prawdopodobnie pasować na drugi ani trzeci. 

Z drugiej jednak strony zdarza im się od czasu do czasu zastosować brzytwę Ockhama:

norwegian

Więc kiedy już sądzisz, że znasz jakieś słowo, wiedz, że najpewniej jesteś w błędzie. Wracamy więc do punktu wyjścia. Należy jednak pamiętać, że im bardziej epicka pomyłka, tym łatwiej wyciągnąć z niej lekcję. Znajomy opowiadał mi ostatnio, jak to żona wysłała go rano po pieczywo. Pełen wiosennej motywacji zapytał ekspedientkę, czy mają świeży chleb (dosłownie "poranny chleb" - morgenbrød), na co, ku jego konfuzji, sprzedawczyni rozbawiona odparła, że będzie go raczej musiał sobie zrobić sam. Po powrocie do domu streścił żonie sytuację, wywołując u niej atak niepohamowanego śmiechu. Morgenbrød to potoczne określenie na poranną erekcję. Podsumowując: lesson learned. The hard way.

13:30, home-made-london-fog
Link Komentarze (1) »